Przecież tak bliska była pannom żyjącym orkiestrami wybijającymi pory roku; sweterkom znaczonym monogramami; srebrnymi pantofelkami wzbijającego w powietrze migotliwy kurz; tym przeklętym, snobistycznym akcentem panny z Exeter. Na uszczypliwości nie zwracała uwagi, plotkami się karmiła, a spienione fale jej sukni sunęły zaledwie kilka centymetrów nad ziemią, zwiastowane stukotem nieprzyzwoicie wysokich obcasów. Była babska, kobieca, dziewczęca – daleko jej było jurnym damom, przeczącym wielokroć bycia typowymi, zachowującym się bardziej jak mężczyźni, aniżeli z żebra uplecione pierwiastki kobiece. Kojarzono ją z kontrowersją, którą przecież oddychała, jak te mary błąkające się po padole za marzeniami, z uśmiechami urągliwymi i ruchami płynnymi. Pomimo ścigającej ją dwudziestej-szóstej wiosny, nadal nie dorosła do podwiązek znaczących drogę podboju; do banalnej kokieterii i bycia femme fatale.
Było to miejsce jej przylegania, nisza, której wygodnie się umościła, która stała się jej akwenem, w którym mogła kwitnąć. Uwielbiała czuć wzrok ślizgający się po jej bezpruderyjnej, bogato zdobionej muślinem sylwetce. Znała ją znakomita większość śmietanki towarzyskiej – jej imię w zasadzie było marką samą w sobie, a pogodna uwertura (skrywająca to, czego ludzkie oczy nie powinny widzieć) jednała sobie ludzi.
Zwichnięta moralnie dama.
– Och, darujmy sobie te formalności, panie Dupont – zabrzmiała, charakterystycznie akcentując jego nazwisko. Miły uśmiech ugiął jej wargi w przyjemnym grymasie, gdy spojrzenie sarnich tęczówek przenosiła na jego oblicze, zadzierając delikatnie głowę ku górze.
– Alkohol? Ach tak, alkohol – odparła, sięgając po kolejny wysoki kieliszek szampana, aby szkło zaznaczyć śladem krwistych warg. – A skoro jest tu tak nudno… – zaczęła, kiwając palcem, aby nachylił ku niej ucho – …to może uciekniemy stąd? Jestem pijana, więc moje wybory są akurat teraz wątpliwe, ale powiedz tylko słowo, a rzucimy się w świat. To, co tutaj widzisz, to warunki cieplarniane dla bogato urodzonych – także mnie. Ale czasami chciałabym uciec. Będziesz moim kompanem? – urwała, a w zmrużonych, ciemnych oczach, zabłysła niewiadomego pochodzenia, żarliwa iskra.
– Och, naturalnie. Philip pożal-się-boże Nott nie będzie nade mną triumfował. Wróciłam z hukiem – odparła miękko, wsuwając dłoń pod ramię Bellamy’ego.