Może gdyby nie była upadłą moralnie piwonią, zepsutym jabłkiem, kwiatami noszącymi znamiona łez deszczowych – może wówczas wykazałaby ochłapy jakiejkolwiek, nawet najlichszej sentymentalności. Ona jednak, zaklęta w ciało niewinnej trzpiotki, o głębinach duszy przeklętych, zachowaniu demonicznie gwałtownym i bezwzględnym – pozornie jednała sobie ludzi; tak, aby wpadali w jej pajęczynę tentakuli (pozdrawiam Philipa), oklejali się jej słodkim, późnoletnim sokiem, lepkim jak sama śmierć i buńczucznym jak samo cierpienie. Westchnięcie więc zamarło na jej ustach, nie opuszczając ich świstem, jedynie ciepłem dotknąwszy jej czerwonych warg – teraz skrytych za sowitą maską. Zmrużyła oczy, a uśmiech ekstazy wygiął prędko kąciki jej ust. Nie było miejsca na pomyłki; nie było miejsca na zawahania – była pewna swojego, a drżące z ekscytacji dłoni jedynie potęgowały prosty wniosek.
Loretta Lestrange była równo popierdolona.
I choć nie zmagała się z bezsennością, bez wybiórczości sięgała po eliksiry nadające energii, przyspieszające tętno, wyostrzające percepcję, aby pracować pod osłoną nocy nad obrazami; wątły blask świecy oblewał solidne płótna, wyciągając z niej najgłębsze z atawizmów. Zaklinała swoje dzieła od lat, tak, aby wywoływały salwę konkretnych emocji – wychodziło jej to dobrze, jednak nie dawało tej adrenaliny, której potrzebowała. Chociażby z racji bycia bestią żądną krwi.
Wiedziała, iż była to jej szansa, a choć niepokorna, nie zamierzała wybiegać zanadto przez szereg. Po prostu lubiła rdzawe róże, które formowały się krwią na posadzce; po prostu lubiła widzieć, jaki ogrom bólu zadała; po prostu chciała, aby czubki czarnych, eleganckich butów oblepiła posoka.
Skoro ty nie myślisz, to ja musiałam zacząć – przebiegło na palcach przez jej myśli, jednak nie utkwiło na tyle, aby zorientował się, iż cokolwiek zagościło na skrytą kopułą maski twarzy.
Uświadomiła sobie prędko, iż muszą grać na czas. Lada moment mogło zjawić aurorzy i brygada, a nade wszystko lepszym rozwiązaniem byłoby im umknąć spod nosa. Odwróciła się ponownie ku mężczyźnie, podchodząc do niego prędko – z tym charakterystycznym stukotem wysokich obcasów. Uśmiechnęła się jedynie jadowicie, czego ten rzecz jasna dostrzec nie mógł; w arkanach pamięci zawarła ten obraz; krwi tryskającej z przeciętej tętnicy, powolnego wykrwawiania się, pozostania na niewdzięcznej łasce losu. A skoro uzdrowiciele nie kwapili się do pomocy – rzecz jasna, w końcu posiadali jeszcze zapas czasu – ofiara była skazana na żmudną, powolną śmierć.
Ponoć wykrwawienie się to jedno z bardziej dobitnie bolesnych doznań.
Prędko ruszyła za mężczyzną, umykając pod połacie ciemnej, bezgwiezdnej nocy. Dopiero gdy odchyliła głowę, spoglądając ku nieboskłonowi, dostrzegła nieprzejednane masywy chmur, zbłąkanych zimnym, listopadowym wiatrem. Dłoń wciąż drżała, zaciskając się na rączce różdżki, pozostawała jednak pewna siebie i swojej sprawczości. Powietrze z niej uszło miękko, pozostawiając raptem wydmuszkę, a nienaturalna agresja, jeszcze niedawno obecna w ruchach, schowała się na powrót w klatce żeber.
Czarna noc miała ją porwać w swoje arkana, odsunąć od niewiadomych i uświadomić o tym, co było autotelicznym – znajdowała się na właściwym miejscu.
Zapewne miała jeszcze wiele razy zasypiać, sennie bezsenna, o cienkiej membranie powiek przysłaniającej to, czego oczom nie było żal. Wiele miriad przemyśleń plątało się na scenie umysłu, przetykając ją jak te gwiazdy, których brylanty wetknięte były w niebo czarne, jak rozlana niepoprawnie kawa. W gruncie rzeczy, to w porze właśnie sennie bezsennej zatracała samą siebie, uchodząc gdzieś do rangi indywiduum, które nigdy nie będzie zależne od siebie. Może to te westchnięcia obumierające na wargach, może coś zgoła większego; wiedziała jednak, iż znajduje się na właściwym miejscu, we właściwym czasie, a jej lojalność wobec organizacji zostawała niezachwiania; tak, jakby nigdy na kanwie umysłu nie wyplatało się powątpiewanie.
Uśmiech tańczył na jej wargach jak ognista tancerka i chłodna lichwiarka zarazem, gdy zapuszczała się w ciemne meandry nocy. Gęsty masyw chmur sunął po niebie, zwiastując ulewę, a chłód wzierał do kości tak, jakby nie chciał ich nigdy opuścić. Nawet krew bulgocząca w żyłach nie oddawała całokształtu zimna, które przypominało dłoń kostuchy, z wolna zaciskającej się na łabędziej szyi. Bo przecież igrała z życiem i jego brakiem; bo przecież z pełnym angażem brała udział w demonicznym pasodoble z bytowaniem. Nigdy nie przyznałaby, iż myśli o śmierci tak gorliwie; wolała być uważana za niewielką, psotliwą dziewczynę (nie kobietę nawet!) – o mrokach jej duszy wszak, wiedzieli nieliczni.
W istocie, gdyby mogła utopić parę nieprzychylnych jej osób w łyżce wody – bez wątpienia by to zrobiła, zwłaszcza, jeśli w grę wchodził Louvain. Ich relacja miała coś, czego można było pozazdrościć i wiedziała, iż sępie oczy niejednych panien wbijały ogniste szpilki w jej osobę, gdy pod rękę z nim przemierzała połacie salonowe. Ich relacja nie zawierała w sobie niczego niepoprawnego, wiedzieli jednak, że są w stanie skoczyć za drugim prosto w bramy Hadesu; że bez drugiego, nie byliby już nieodwołalnie sobą.
Prawdopodobnie to o nim myślała, gdy chowała się w ciemne wrota nocy.
Żywe wspomnienie tryskającej posoki, obmywającej posadzkę, toczącej się plamą aż do czubków jej butów, wprawiało ją w stan obłąkanej fascynacji i ekscytacji. W gruncie rzeczy, życia ludzkie nie miały dla niej wartości autotelicznej; nie brzydziła się śmierci i sprowadzała niejednych na sam jej skraj – tylko dla zabawy, aby zobaczyć w ich oczach atawistyczny strach. Nie uważała się za femme fatale, uważała się jednak za bezduszną – nie wahała się przed zadawaniem nawet najbardziej wyrachowanego bólu. Kłamstwo przychodziło jej w końcu łatwo, a zakrzywianie rzeczywistości było czymś, w czym była wprawiona. Istniała w końcu jako ta jedna milionowa wszechświata, która westchnięciem malowała mary oddychające marzeniami.
Uśmiech tańczył na wargach, skryty pod kopułą maski. Na odchodne skinęła głową ku mężczyźnie, zaszywając się we własnych meandrach mroku; wiedząc, iż uczyniła absolutnie wszystko, aby wypaść jak najlepiej (zabawne, brzmiało to jak coś prozaicznego – ona jednak wypadała jak najlepiej w zabijaniu ludzi). Ciężki oddech unormował się dopiero, gdy znikła za zakrętem, mogąc oprzeć się o mur, nie musząc przejmować się, iż ktoś ją zobaczy. Emocje eskalowały do rangi niechybnie gargantuicznej, a ona – cóż – była z siebie piekielnie dumna.
Jako bestia, jako królowa śmierci i życia, jako wierna zwolenniczka Czarnego Pana.