Bycie podziwianą i zauważaną miało swoje plusy, jak i mocne minusy całokształtu sytuacji, w których się obracała; istotnie, spojrzenia wlepione w jej sylwetkę niewymownie, śledzące jej ruchy niebagatelnie, czyniły ją divą, jakich mało. W gruncie rzeczy nie przeszkadzało to jej przecież; wianuszki panien i dżentelmenów, słodycz bycia na pierwszych stronach Proroka – nawet, jeśli były to niechlubne treści. W meandrach umysłu wciąż kryło się felerne Beltane i myśląc o tym, że dała swój wianek Philipowi, miała ochotę uderzyć się w czoło.
Czymś ciężkim.
Może młotkiem.
Teraz jednak, upojona alkoholowym trunkiem, nabierała niewiadomej ochoty na coś odrobinę zabawniejszego; coś niestandardowego; coś, co Bellamy mógł jej dać, owinięte czerwoną wstążką. Klatka piersiowa zafalowała szybciej, było jej gorąco, prawdopodobnie przez procenty krążące wraz z krwią w żyłach. Uśmiech poszerzył się, gdy odkładała kolejny już, opróżniony kieliszek, a dłoń mocniej zacisnęła się na ramieniu Duponta.
– Nie wiesz o mnie jeszcze wielu rzeczy – zagaiła jowialnie, osnuwając własne słowa woalką niewymownej tajemnicy.
Gdy ten chwycił szklaną butelkę wypełnioną szampanem, ona złapała bezpardonowo drugą – tak jakby jej lichej posturze nie wystarczały trzy kieliszki, aby zastać ją sowicie upojoną. Przez miriady myśli przemknęły prędko rozmaite puenty ich spotkania; zastanawiała się nad destynacją, jednak gdy wyszli na świeże, letnie powietrze, uśmiech ponownie roztańczył się na znaczonym siateczką piegów obliczu; tych, które całunem otulały szczupłą, wielkooką buzię.
– Jest tak przyjemnie ciepło! – zachwyciła się prędko, opierając na moment czerń czupryny o jego ramię.
– Wiesz, Bellamy, nie mam odpowiedniej kreacji ku temu, ale chodźmy do lasu. Siądziemy na łące i będziemy udawać, że jesteśmy dziećmi, które nigdy nie zaznały smaku dzieciństwa – rzekła, kiwając głową na własne słowa. – Mam wysokie obcasy, więc jak ugrzęznę w błocie, będziesz musiał mnie zapewne wziąć na barana. Ale warto! – dodała, łapiąc go za nadgarstek i ciągnąc za sobą, nie bacząc wręcz na jego opinię.