Dzięki Merlinowi, że Mavelle była wyrozumiała. A może nie była? Może po prostu trafiło również u niej ta cecha charakteru, że kiedy przyciska cię do ziemi stres i zmartwienie to przestajesz przejmować się formalnościami, formułami, bo nagle traciły na znaczeniu? Laurent nie chciał wypaść źle przed... osobą, która wiedział, że jest zimna i że jest blisko Brenny. To jest cała wielka tajemnica, jaką znał o tej kobiecie. Innymi słowy - jedno wielkie nic. A teraz nawet, tak jak miał w zwyczaju, nie badał jej reakcji, nie sprawdzał nastroju - nie chodziło o to, że się nie przejmował. Po prostu w obliczu tego, czego dokonać mieli, to pewne konwenanse wydawały się wręcz śmieszne i takie... nikomu niepotrzebne. A jednak pamiętał o tym, że gościom warto zaproponować kawę. Kawą, którą to miejsce nie pachniało, nie. Pachniało morzem, sosnowym zagajnikiem, przy którym stał i stojącymi w wazonie na stole kwiatami, jeśli tylko ktoś miał na tyle czuły węch, żeby to wychwycić. Nad stołem zaś jadalnianym wisiał specyficzny żyrandol - dość nisko zawieszony, z wkomponowanym weń wiecznie kwitnącym wieńcem. Ten akurat Brenna mogła całkiem łatwo rozpoznać. W środku nie panował idealny ład, ale był tu porządek. Prewett był do porządku przyzwyczajony i sam go pilnował.
- Tak... już tak, dziękuję. - Ślady po duszeniu, paskudne krwiaki na jego szyi, zdążyły zniknąć, choć jeszcze wczoraj rano ich pozostałości zdobiły jego szyję na tyle, że chował je przed swoim ojcem. I przed resztą mieszkańców i służby w Keswick. Był to mizerny skutek, bo niestety Edward Prewett nie miał w zwyczaju "przechodzić nad tematem do codzienności", chyba że było to coś, co go nie interesowało. Laurent nie miał odwagi go zapytać, czy robi taki szum tylko dlatego, że "należy do rodu Prewett", czy rzeczywiście prowadzi go miłość. Poza tym tak - czuł się lepiej. Ciągle mając czekoladki pod ręką, gdyby cokolwiek się działo z nim złego, starając się przejść do codzienności nad tym, że ktoś próbował go zarżnąć. Był winien Brennie coś więcej. Zdecydowanie nie byli kwita.
Potarł nerwowo swoje dłonie, starając się opanować. Jedna, druga sekunda... Spojrzał na Brennę dużymi oczami, potem na Mavelle. I opuścił ręce wzdłuż ciała, żeby zaraz wyciągnąć rękę do Brenny.
- Daj mi proszę świece i to, co należało do pana Longbottoma. - Świętej pamięci. Jeśli je dostał zaczął ustawiać świeczki w kręgu po swojemu, tak i położył przed sobą to, co do mężczyzny należało i w tym czasie mówił dalej. - Gdyby cokolwiek złego się działo wokół nie reagujcie, ewentualnie się cofnijcie. Cokolwiek by się też nie działo ze mną - nie przerywajcie mi. - Podał podstawową instrukcję. Bo czasem mogło to wyglądać dziwnie, groźnie, mogło być nieprzyjemnie, ale dla Prewetta jeszcze gorszy był gwałtownie urwany kontakt. - Tylko ja będę słyszał to, co duch będzie mówił, tak i raczej tylko on będzie słyszał mnie. W idealnej formie powinno wyglądać to dla was tak, jakby nic się nie działo. - Z nim, z rozmową, z... czymkolwiek w otoczeniu. Ale to w idealnym rozdaniu. - Będę was słyszał, dlatego prosiłbym o zachowanie możliwego spokoju. Zwykła wymiana zdań między wami nie będzie mi przeszkadzała. - Uściślił, żeby wszystko było jasne. - Zadawajcie pytania, będę je powtarzał na głos, żebyście miały pewność, co się dzieje, potem powtórzę wam odpowiedź... mam nadzieję, że powtórzę. - Tak, miał nadzieję, no właśnie. Miał nadzieję, że dusza ich wujka odpoczywała w Limbo, a nie została... pochłonięta przez to przerażające tałatajstwo, które latało po Kniei Godryka.
- Jeśli nie macie pytań... Będziemy mogli zaczynać. - Laurent usiadł, kiedy wszystko było gotowe i spojrzał na te przedmioty ze smutkiem w oczach, czując nieprzyjemny dreszcz przebiegający po plecach. Uniósł na moment jedną dłoń i ułożył ją na sercu, nim odetchnął głęboko i wzniósł różdżkę, by rozpalić świece. Zamknął oczy.
Rzeczywiście początkowo brzmiała tylko cisza. Szumiały drzewa i morze, których dźwięki wdzierały się przez okno. Odzywały się pojedyncze ptaki z New Forest. Do momentu, kiedy świece delikatnie przygasły, zamigotały, by znów zyskać stabilną formę. Laurent nabrał głębokiego wdechu i spokojnie wypuścił powietrze nozdrzami, czując ten nieprzyjemny chłód przebiegający po jego ciele.
- Kim jesteś? - Rozbrzmiał spokojny głos Laurenta. Oczy miał ciągle zamknięte i siedział w tej samej pozycji. Zawsze zadawał to standardowe pytanie. Ale co się zmieniło to to, że na twarzy Laurenta pojawił się jakiś spokój, jakaś ulga. Nawet delikatny uśmiech przyozdobił jego twarz. Udało się.
- Derwin Longbottom. - Odparł duch.
- Panie Longbottom. Przyszła do mnie Brenna i Mavelle. Zechce pan odpowiedzieć na parę ich pytań? - Laurent otworzył oczy i skinął głową w kierunku Brenny i Mavelle, czując przyzwolenie ducha. - Wasza obecność bardzo go ucieszyła. - Zwrócił się tutaj już do samych kobiet. - Możecie pytać.
Sukces!
Akcja nieudana
Sukces!