06.10.2023, 17:48 ✶
Spojrzenie Brenny na moment zatrzymało się na wieńcu.
Tak, to była jedna z tych rzeczy z wystroju, które wiele mówiły o człowieku.
Brenna wcale nie była pewna, czy dobrze zna Laurenta i czy go rozumie. Przyjaźnili się w Hogwarcie, ale jakiś czas po szkole ich drogi się rozeszły i nie wiedziała zupełnie, co działo się wtedy w życiu Prewetta. Gdy ścieżki znów zaczęły się stykać, zdawało się jej, że wcale się nie zmienił... ale to przecież nie było możliwe, bo ludzie dorastali, a poza murami Hogwartu ich życie ulegało drastycznym zmianom.
Pewne rzeczy dostrzegała doskonale, innych wcale. Na ich podstawie mogła wysnuwać pewne wnioski, bliskie lub dalekie prawdy. Były w wizerunku Prewetta pewne dysonanse, ale i Brenna nauczyła się, że każdy człowiek składał się z różnych barw, czasem pozornie do siebie nie pasujących. Laurent z jednej strony był kobieciarzem (i ogólnie flirciarzem, chociaż jego męskich podbojów nie miała okazji odnotować) i zdawał się niezmiernie czarujący, pewne siebie w towarzystwie, a z drugiej to wszystko było jakby podszyte pewną niepewnością. Tą, która ujawniała się, gdy pytał, czy zasługuje na życie, gdy pisał, że nikt w niego nie wierzy, gdy odwracał się do nich plecami mówiąc, że nie będzie już przeszkadzał. Miał dobre serce, a jednocześnie nie brakowało mu przebiegłości. Można by powiedzieć, że był miękki, a potem wchodził do lasu pełnego widm.
I raczej przeczuwała niż naprawdę wiedziała, że potrzebował upewnienia, że znaczy cokolwiek sam w sobie. I być może dlatego ten wieniec tu zawisł – nie dlatego, że wysłała go ona, a dlatego, że posłała go wyłącznie po to, żeby się uśmiechnął. Bez żadnych innych intencji.
Nie skomentowała jednak tego, zmarszczyła tylko lekko brwi na instrukcje Prewetta. Tu też się nie odezwała, chociaż cofnięcie się, niezależnie od tego, co działoby się z nim… jak niby miałaby to zrobić? Wolała jednak nie dzielić się tymi wątpliwościami.
– Świece – powiedziała, wyciągając z torby pudełeczko z zawartością przygotowaną przez Jamila Anwara. – A tutaj… jego zegarek i odznaka – dodała cicho, podając te przedmioty Laurentowi jakby z odrobiną ociągania.
To były w tej chwili jedne z najcenniejszych pamiątek rodzinnych. Zegarek z popękaną tarczą i porysowana odznaka aurora. Ale też jeśli coś mogło go tutaj ściągnąć, to Brenna sądziła, że właśnie to.
– Wszystko rozumiem. Możemy zaczynać – dodała, wciąż starając się nie dać poznać po sobie zdenerwowania. Gdyby je pokazała, dla Mavelle byłoby to tylko trudniejsze. Nie wspominając o Laurencie, który sam chyba też trochę stresował się całą procedurą, a Brenna nie miała pojęcia, jakie miał w tym doświadczenie.
Usiadła w pobliżu, chcąc mieć na niego oko. Milczała, nie chcąc go rozpraszać…
Nie zdołała jednak powstrzymać drgnięcia, kiedy Laurent powiedział „Panie Longbottom”. Wstrzymania oddechu, gdy powiedział, że ich obecność go ucieszyła.
Był tutaj.
Nie znikł, oddając wspomnienia Mavelle.
Nie dopadły go widma.
O ile w słowach Laurenta była prawda… ale o ile Brenna zwykle była sceptyczna… to jednak Prewettowi do pewnego stopnia ufała.
Z pewnym trudem oderwała spojrzenie od Laurenta, by spojrzeć na Mavelle.
Możecie pytać…
Ale tym, o czym myślała, nie były pytania, tylko…
Przepraszam.
To słowo cisnęło się Brennie na usta. Przepraszam, że poprosiłam, żebyś tam był, przepraszam, że nie trzymałam się wystarczająco blisko, przepraszam, że wyciągam cię z Limbo. Ale nie wypowiedziała go, bo wujek tak naprawdę nie potrzebował usłyszeć tych przeprosin, a nie przywoływali jego ducha dla spokoju Brenny. I bo tych przeprosin na pewno nie powinni słyszeć Mavelle i Laurent.
– Wujku – powiedziała w końcu cicho, bardzo miękko, chociaż duch przecież i tak jej nie usłyszy, każde słowo zostanie mu powtórzone przez Prewetta. Robiła co mogła, aby głos jej nie zadrżał. – Czy podczas Beltane… albo potem… w Limbo… widziałeś widma? Istoty jak cienie, które zdają się przypominać dementorów.
Pytała o Limbo, bo… w końcu wszystko na razie sugerowało, że wyszły stamtąd. Wszystkie informacje, jakie zgromadzili.
Tak, to była jedna z tych rzeczy z wystroju, które wiele mówiły o człowieku.
Brenna wcale nie była pewna, czy dobrze zna Laurenta i czy go rozumie. Przyjaźnili się w Hogwarcie, ale jakiś czas po szkole ich drogi się rozeszły i nie wiedziała zupełnie, co działo się wtedy w życiu Prewetta. Gdy ścieżki znów zaczęły się stykać, zdawało się jej, że wcale się nie zmienił... ale to przecież nie było możliwe, bo ludzie dorastali, a poza murami Hogwartu ich życie ulegało drastycznym zmianom.
Pewne rzeczy dostrzegała doskonale, innych wcale. Na ich podstawie mogła wysnuwać pewne wnioski, bliskie lub dalekie prawdy. Były w wizerunku Prewetta pewne dysonanse, ale i Brenna nauczyła się, że każdy człowiek składał się z różnych barw, czasem pozornie do siebie nie pasujących. Laurent z jednej strony był kobieciarzem (i ogólnie flirciarzem, chociaż jego męskich podbojów nie miała okazji odnotować) i zdawał się niezmiernie czarujący, pewne siebie w towarzystwie, a z drugiej to wszystko było jakby podszyte pewną niepewnością. Tą, która ujawniała się, gdy pytał, czy zasługuje na życie, gdy pisał, że nikt w niego nie wierzy, gdy odwracał się do nich plecami mówiąc, że nie będzie już przeszkadzał. Miał dobre serce, a jednocześnie nie brakowało mu przebiegłości. Można by powiedzieć, że był miękki, a potem wchodził do lasu pełnego widm.
I raczej przeczuwała niż naprawdę wiedziała, że potrzebował upewnienia, że znaczy cokolwiek sam w sobie. I być może dlatego ten wieniec tu zawisł – nie dlatego, że wysłała go ona, a dlatego, że posłała go wyłącznie po to, żeby się uśmiechnął. Bez żadnych innych intencji.
Nie skomentowała jednak tego, zmarszczyła tylko lekko brwi na instrukcje Prewetta. Tu też się nie odezwała, chociaż cofnięcie się, niezależnie od tego, co działoby się z nim… jak niby miałaby to zrobić? Wolała jednak nie dzielić się tymi wątpliwościami.
– Świece – powiedziała, wyciągając z torby pudełeczko z zawartością przygotowaną przez Jamila Anwara. – A tutaj… jego zegarek i odznaka – dodała cicho, podając te przedmioty Laurentowi jakby z odrobiną ociągania.
To były w tej chwili jedne z najcenniejszych pamiątek rodzinnych. Zegarek z popękaną tarczą i porysowana odznaka aurora. Ale też jeśli coś mogło go tutaj ściągnąć, to Brenna sądziła, że właśnie to.
– Wszystko rozumiem. Możemy zaczynać – dodała, wciąż starając się nie dać poznać po sobie zdenerwowania. Gdyby je pokazała, dla Mavelle byłoby to tylko trudniejsze. Nie wspominając o Laurencie, który sam chyba też trochę stresował się całą procedurą, a Brenna nie miała pojęcia, jakie miał w tym doświadczenie.
Usiadła w pobliżu, chcąc mieć na niego oko. Milczała, nie chcąc go rozpraszać…
Nie zdołała jednak powstrzymać drgnięcia, kiedy Laurent powiedział „Panie Longbottom”. Wstrzymania oddechu, gdy powiedział, że ich obecność go ucieszyła.
Był tutaj.
Nie znikł, oddając wspomnienia Mavelle.
Nie dopadły go widma.
O ile w słowach Laurenta była prawda… ale o ile Brenna zwykle była sceptyczna… to jednak Prewettowi do pewnego stopnia ufała.
Z pewnym trudem oderwała spojrzenie od Laurenta, by spojrzeć na Mavelle.
Możecie pytać…
Ale tym, o czym myślała, nie były pytania, tylko…
Przepraszam.
To słowo cisnęło się Brennie na usta. Przepraszam, że poprosiłam, żebyś tam był, przepraszam, że nie trzymałam się wystarczająco blisko, przepraszam, że wyciągam cię z Limbo. Ale nie wypowiedziała go, bo wujek tak naprawdę nie potrzebował usłyszeć tych przeprosin, a nie przywoływali jego ducha dla spokoju Brenny. I bo tych przeprosin na pewno nie powinni słyszeć Mavelle i Laurent.
– Wujku – powiedziała w końcu cicho, bardzo miękko, chociaż duch przecież i tak jej nie usłyszy, każde słowo zostanie mu powtórzone przez Prewetta. Robiła co mogła, aby głos jej nie zadrżał. – Czy podczas Beltane… albo potem… w Limbo… widziałeś widma? Istoty jak cienie, które zdają się przypominać dementorów.
Pytała o Limbo, bo… w końcu wszystko na razie sugerowało, że wyszły stamtąd. Wszystkie informacje, jakie zgromadzili.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.