06.10.2023, 21:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.10.2023, 08:48 przez Florence Bulstrode.)
- Nie wydaje mi się, panie O’Dwyer – odparła Florence chłodno. Przez głowę przeszła jej myśl, że być może chłopak sfałszował wyniki OWUTemów, które pozwoliły mu dostać się do Akademii Munga. Ewentualnie był całkiem utalentowany do magii, ale cierpiał na jakieś zaburzenia, o których powinien porozmawiać z magipsychiatrą.
– Rozumiem, że w chwili, w której przyjdzie do diagnozy pacjenta obłożonego klątwą, usłyszy „przepraszam, nie jestem pewien, co panu dolega, w weekend musiałem pomagać rodzicom?” – zapytała na jego pytanie. Bulstrode, wbrew pozorom, nie irytowała się łatwo, więc i teraz poziom jej złości nie wzrósł – była ot delikatnie zirytowana całym tym dniem. Stażyści, którzy niezbyt nadawali się do Akademii i nigdy nie powinni trafić do Munga, czasem się zdarzali, więc zachowanie Leo przynajmniej na razie nie było w stanie wyprowadzić jej z równowagi. – W poniedziałek z samego rana. Jeśli to za mało czasu, być może pora rozważyć, czy nie zacząć pomagać rodzicom zawodowo. Albo zostać kucharzem, skoro planuje pan gotować bigos.
Czymkolwiek się zajmowali, bo Florence rzecz jasna nie miała pojęcia, jaki był ich zawód. Prywatne życie innych uzdrowicieli czy żaków z Akademii zupełnie jej nie interesowało, jak długo nie byli jej bliskimi przyjaciółmi, nie prosili o pomoc w naprawdę paskudnej sytuacji albo nie rzutowało na ich pracę w Mungu… ale w tym ostatnim przypadku też zasadniczo obchodziły Florence raczej efekty niż przyczyny. Gdyby dowiedziała się, że Leo zamierza stać za barem, po prostu uprzejmie doradziłaby mu zostanie kelnerem na pełen etat.
I wtedy…
Mężczyzna pojawił się znikąd.
Florence nie krzyknęła, bo nie należała do osób, które w takich sytuacjach krzyczą, ale widok bezgłowego człowieka wstrząsnął nią do głębi. Odruchowo spróbowała sięgnąć po różdżkę – zbyt późno jednak, nie była wojowniczką i jej czas reakcji na pewno nie zbliżał się do przeciętnego Brygadzisty – jednocześnie odsuwając się z drogi tego… mężczyzny? Potwora? Nie zdołała jednak zareagować dość szybko i odruchowo zacisnęła powieki, spodziewając się uderzenia, upadku, bólu, może nawet śmierci, bo ktoś bez głowy nie miał prawa żyć…
…poczuła jednak tylko zimno, kiedy widmo przeniknęło najpierw przez nią, a potem przez Leo.
Florence odwróciła się, z szelestem żółtej, paskudnej spódnicy. Przycisnęła lewą rękę do klatki piersiowej, w której szaleńczo tłukło się teraz serce, palce prawej kurczowo zacisnęła na różdżce. Chociaż nie próbowała jej nawet podnosić, bo jakie zaklęcia mogłaby teraz rzucić? Patrzyła, jak bezgłowy mężczyzna odbiega, by zniknąć między zaroślami. W całym ciele czuła chłód, jakby przeniknął przez nią jakiś duch… ale on nie wyglądał jak widma z Hogwartu…
Nic nie powiedziała. Zwróciła tylko spojrzenie na młodzieńca, chcąc przekonać się, czy on też to widział – czy może była to tylko przedziwna wizja, przyniesiona przez Trzecie Oko…
– Rozumiem, że w chwili, w której przyjdzie do diagnozy pacjenta obłożonego klątwą, usłyszy „przepraszam, nie jestem pewien, co panu dolega, w weekend musiałem pomagać rodzicom?” – zapytała na jego pytanie. Bulstrode, wbrew pozorom, nie irytowała się łatwo, więc i teraz poziom jej złości nie wzrósł – była ot delikatnie zirytowana całym tym dniem. Stażyści, którzy niezbyt nadawali się do Akademii i nigdy nie powinni trafić do Munga, czasem się zdarzali, więc zachowanie Leo przynajmniej na razie nie było w stanie wyprowadzić jej z równowagi. – W poniedziałek z samego rana. Jeśli to za mało czasu, być może pora rozważyć, czy nie zacząć pomagać rodzicom zawodowo. Albo zostać kucharzem, skoro planuje pan gotować bigos.
Czymkolwiek się zajmowali, bo Florence rzecz jasna nie miała pojęcia, jaki był ich zawód. Prywatne życie innych uzdrowicieli czy żaków z Akademii zupełnie jej nie interesowało, jak długo nie byli jej bliskimi przyjaciółmi, nie prosili o pomoc w naprawdę paskudnej sytuacji albo nie rzutowało na ich pracę w Mungu… ale w tym ostatnim przypadku też zasadniczo obchodziły Florence raczej efekty niż przyczyny. Gdyby dowiedziała się, że Leo zamierza stać za barem, po prostu uprzejmie doradziłaby mu zostanie kelnerem na pełen etat.
I wtedy…
Mężczyzna pojawił się znikąd.
Florence nie krzyknęła, bo nie należała do osób, które w takich sytuacjach krzyczą, ale widok bezgłowego człowieka wstrząsnął nią do głębi. Odruchowo spróbowała sięgnąć po różdżkę – zbyt późno jednak, nie była wojowniczką i jej czas reakcji na pewno nie zbliżał się do przeciętnego Brygadzisty – jednocześnie odsuwając się z drogi tego… mężczyzny? Potwora? Nie zdołała jednak zareagować dość szybko i odruchowo zacisnęła powieki, spodziewając się uderzenia, upadku, bólu, może nawet śmierci, bo ktoś bez głowy nie miał prawa żyć…
…poczuła jednak tylko zimno, kiedy widmo przeniknęło najpierw przez nią, a potem przez Leo.
Florence odwróciła się, z szelestem żółtej, paskudnej spódnicy. Przycisnęła lewą rękę do klatki piersiowej, w której szaleńczo tłukło się teraz serce, palce prawej kurczowo zacisnęła na różdżce. Chociaż nie próbowała jej nawet podnosić, bo jakie zaklęcia mogłaby teraz rzucić? Patrzyła, jak bezgłowy mężczyzna odbiega, by zniknąć między zaroślami. W całym ciele czuła chłód, jakby przeniknął przez nią jakiś duch… ale on nie wyglądał jak widma z Hogwartu…
Nic nie powiedziała. Zwróciła tylko spojrzenie na młodzieńca, chcąc przekonać się, czy on też to widział – czy może była to tylko przedziwna wizja, przyniesiona przez Trzecie Oko…