Przez ulotność momentów przekłuwanych w sekundy patrzyła na niego tym spojrzeniem zionącym z wielkich, sarnich ocząt – nieprzejednanie jej wzrok błądził po tęczówkach Leandra, zatapiając się w nich co rusz, nie mogąc zbłądzić meandrami w innym kierunku. I gdy ułożył kciuk na jej wargach, zamarła okrutnie, a jej oddech przybrał na tempie, serce więzione w klatce żeber zatrzepotało szybko i jedynie ostatnie ochłapy samokontroli pozwoliły jej nie przyciągnąć go do siebie, nie zatopić krwistych warg w jego, nie poczuć tego słodkiego smaku, którego znamiona nosiły jego usta. Zamiast tego zamarła w wyczekiwaniu – zawsze ją zaskakiwał i zawsze nie wiedziała, czego może się spodziewać po jego niesionej okrutnością, osobliwej osobowości.
Bo często sunął po niej ciepłymi dłońmi czule, acz równie często wbijał paznokcie w miękką, mleczną skórę, zostawiając blade półksiężyce śladów. Było w nim coś niewiadomego; coś z chłodu lichwiarza i ognia roznegliżowanej tancerki – ta mieszanka ściągała jej uwagę za każdym razem, alkowę umysłu pławiąc w pożodze pożądania i ciekawości zarazem. Zsunęła dłonie z jego policzków na barki, opierając je luźno. Przekrzywiła głowę, zupełnie, jakby nie spodziewała się nadchodzącego.
Nadchodzące jednak nie nadeszło, a na miękkość jego słów jedynie jej brwi poszybowały w górę. Gotowa do potyczki słownej, tkwiła tak przez martwość umykających momentów, szukając właściwego dictum na jego nieoczekiwany cień troski i swobodnego, łagodnego wręcz ulegnięcia jej słowom.
Loretta nie była przyzwyczajona do braku jadu z jego strony.
– Coś ci się stało, że nagle tak złagodniałeś? – spytała głosem ciekawskim i nade wszystko znaczonym znamionami zaskoczenia.
Pozostawiając bez odpowiedzi jego słowa na temat wybrakowanego pragmatyzmu i wiecznego bujania w podniebnych obłokach – nie mogła przecież kłócić się z oczywistościami – wyminęła go i ruszyła w kierunku wyjścia z pokoju. Gdy ten podążył za nią, przed ciężkimi, mahoniowymi, złapała go za dłoń, przyciągając do siebie. Wspiąwszy się na same palce odzianych w szpilki nóg, naciskając przy tym na jego barki, aby zniżył się do jej mikrego wzrostu, złożyła krótki pocałunek na jego ustach.
– Kocham cię – zabrzmiała brzydkim kłamstwem, wiedziała jednak, że on właściwie odczyta intencje czające się za dwusłowowym wyznaniem. Mówili sobie przecież nader często, że się kochają, a brud umykający z tak tragicznego minięcia się z prawdą zamiatali każdorazowo pod dywan. Było w tym coś więcej, aniżeli proste wyznanie kapiące z ust. Była to obietnica.
Gdy zeszli na dół, drobnym faux pax znacząc linię sowitego spóźnienia, omiotła ciekawskim wzrokiem zebraną w sali ciżbę. Wzrok bezwiednie zsunął się po sylwetce Logana i aż zadrżała wewnątrz, widząc go ponownie na przestrzeni paru dni. Przełknęła ślinę ciężko, jednak ku swoistej ziemi sprowadził ją Leander, dociskając mocno – odrobinę zbyt mocno – jej kruche ciało do siebie. Uniosła wzrok w jego kierunku, gdy dwa proste słowa zostały wyszeptane do ucha, mile drażniąc je ciepłotą oddechu. Z woalką wdzięczności, którą okazała mu jedynie w duchu, nie skierowali się ku Borginowi i jego towarzyszce – tę, swoją drogą, zmierzyła wzrokiem odrobinę rozeźlonym. Nic jednak nie wskazywało na ogrom agresji budującej się w umyśle, mrowiącej pod powłoką delikatnej skóry.
Gdyby wiedziała, jaki ogrom emocji wzbudzi w niektórych jej sukienka, zapewne ubierałaby ją na każdą okazję – oczy wtopione w jej sylwetkę nie przeszkadzały, a stukot nieprzyzwoicie wysokich obcasów dodawał całokształtowi jedynie pikanterii. I choć jej warg nie barwił karmin, uprzednio wytarty chusteczką przez narzeczonego, przybrała naturalną dla siebie, nieodzowną pewność siebie.
– Eden! – rozpromieniła się na widok szwagierki, usta wyginając w przyjemny dla oka, nieokazały, acz dobitny uśmiech. Nie wiedziała, dlaczego nie zauważyła jej przyszpilonej do ramienia brata – ten jednak zapewne nie chciał się pojawić; znając go karczemnie dobrze, wiedziała, iż tego typu spędy nie należą do jego najulubieńszych sposobów spędzania wolnego czasu – nie odezwała się więc na ten temat.
Wzrok prędko prześlizgnął się na solenizantkę, którą uścisnęła krótko, rozszerzając własną drobną buzię o szeroki, ujmujący uśmiech.
– Wszystkiego co najlepsze, Geraldine! Nie słuchaj Leandra, gdyby nie był uszczypliwy, to przecież nie byłby sobą. Wyglądasz przepięknie – rzekła po krótkiej chwili
Uniosła wzrok raz jeszcze na narzeczonego, w jej spojrzeniu jednak na próżno było doszukiwać się stalowej nieustępliwości, jej miejsce zajęła bezkresna czułość. Cała plejada emocji rozigrała się na nowo, a sama Lestrange nie miała absolutnie pojęcia, dlaczego wywołuje w niej uczucia tak skrajne i rozedrgane. Pogładziła go po ramieniu delikatnie, gdy kierowała wzrok na śliczną blondynkę, swymi krokami zmierzającą ku nim – naturalnie rozpoznała w niej Séraphine Anne, dotychczasowo jednak nie przyszło im wymienić nawet paru słów.
– Séraphine Anne, jak mniemam? – zabrzmiała retoryką, wpatrując się w urokliwe oblicze.
Przeciągnęła to odrobinę przydługie spojrzenie kobiety, które umościła w jej kreacji, a kąciki jej ust zadrżały niepokornie. Skrzyżowany wzrok umościł się miło, z jakiegoś powodu przecież nie potrafiła odciągnąć od niej wejrzenia orzechowych tęczówek. Z czystej przyzwoitości odwróciła po dłużących się sekundach spojrzenie, równie urokliwym, dziewczęcym uśmiechem obdarzając pozostałych zebranych – miała przecież w sobie coś z wiecznego dziecka i choć snobistyczne, okrutne zapędy skrywała na dnie serca, powierzchowność posiadała niebanalnie przystępną i miłą.
Prędko poczuła na swoich ramionach ciężar sporej, spływającej miękko po jej ramionach marynarki.
Przez ulotność chwil nie wiedziała co powiedzieć, rozchyliła więc wargi, aby po chwili je zamknąć i zmarszczyć urokliwie brwi. Gdy doszło do niej całe sedno sytuacji, rozbłysła uśmiechem szerokim i nieeleganckim, nie potrafiła jednak kontrolować niewdzięcznych poczynań mimiki – definitywnie nie spodziewała się tego gestu.
– Och, dziękuję – rzekła wreszcie, podciągając marynarkę silniej na chuderlawe, drobne ramiona. – Nie będzie ci jednak zimno? Nie chciałabym, abyś moim kosztem zmarzła – rzekła miękko.
Speszona odrobinę, oblana delikatnym rumieńcem, rozchodzącym się po porcelanowym obliczu, przysłaniającym nieomal siateczkę bladych piegów, którymi obsypane były policzki i nos, westchnęła, wzrok przenosząc na Elaine.
– Nie widziałyśmy się chyba całą wieczność, prawda? – zagaiła. Znała kobietę z czasów sielsko hogwardzkich oraz kowenów, na których zawsze zdawała się być za karę.
Wsunęła dłoń ponownie pod ramię Leandra, zaciskając smukłe palce na jego odzieniu. Wyglądali razem przecież kosmicznie – różniące ich ponad pół metra wzrostu zaznaczało się wyraziście, gdy chodzili pod rączkę, jak na przykładne narzeczeństwo przystało. Chwyciła dwa kieliszki wina, piastujące miejsce na tacy nieopodal i jeden podała Yaxley’owi, w drugim zaś umaczając wargi.