07.10.2023, 14:51 ✶
Zegarek i odznaka. Poczuła lekki ucisk w gardle. Najcenniejsze pamiątki, jakie po nim pozostały – nie licząc oczywiście najróżniejszych drobiazgów w domu. Ale to… uch. Miała tylko nadzieję, że w żaden sposób nie zostaną zniszczone, w efekcie rytuału, jaki mieli przeprowadzić.
Skinęła głową na znak, że wszystko rozumie. Dzieje się coś złego – nie reagować, nie ruszać, nie przerywać. Czyli: być tylko widzem, nie uczestnikiem. Jakby… jakby siedziała z książką w ręku, śledząc tok wydarzeń. Tylko tyle i aż tyle.
Pytań nie miała, więc znów, milczała. Czekała.
Czekała niepewna, czy nie okaże się zaraz, że jej przypadek znacznie różnił się od tego Victorii. Bo co, jeśli zaczerpnęła jednak nie tylko część? Jeśli tam w Limbo zaszło coś o wiele, wiele gorszego? I nie, nie będzie sobie mogła wtedy tego wybaczyć, a nieświadomość znaczenia własnych poczynań naprawdę nie stanowiłaby usprawiedliwienia.
W życiu by sobie tego nie darowała, gdyby sprawiła, iż egzystencja Derwina, a raczej tego, co z niego zostało, została wymazana z jej winy. Bo z całą pewnością zasłużył na zaznanie spokoju, a nie na utknięcie w nie swoim ciele, nie swoim życiu, tutaj. Ze świadomością (?) tego, co się wokół działo, bez możliwości (?) zareagowania w jakiś sposób.
Przymknęła oczy, gdy usłyszała w końcu panie Longbottom. Ulga. Czyli jednak… jednak. Jednak tam był. Przetarła dłonią oczy, po czym zerknęła na Brennę i posłała jej blady uśmiech. Udało się – a wujek nadal wciąż tam był, gdzieś. Choć też od razu pojawił się mocniejszy wyrzut sumienia, iż zakłócały mu spokój.
I choć niby wiedziała, o co chciała spytać, tak teraz… teraz chciała przekazać tylko jedno. Twoje dziewczynki dają sobie radę bez ciebie, nie musisz się o nie martwić.
Ale…
Może nie wszystko naraz.
Widma były niemałym problemem i to raczej bardziej palącym niż jej własne, z którymi się mierzyła. Bo te nie zabijały niewinnych ot tak.
Skinęła głową na znak, że wszystko rozumie. Dzieje się coś złego – nie reagować, nie ruszać, nie przerywać. Czyli: być tylko widzem, nie uczestnikiem. Jakby… jakby siedziała z książką w ręku, śledząc tok wydarzeń. Tylko tyle i aż tyle.
Pytań nie miała, więc znów, milczała. Czekała.
Czekała niepewna, czy nie okaże się zaraz, że jej przypadek znacznie różnił się od tego Victorii. Bo co, jeśli zaczerpnęła jednak nie tylko część? Jeśli tam w Limbo zaszło coś o wiele, wiele gorszego? I nie, nie będzie sobie mogła wtedy tego wybaczyć, a nieświadomość znaczenia własnych poczynań naprawdę nie stanowiłaby usprawiedliwienia.
W życiu by sobie tego nie darowała, gdyby sprawiła, iż egzystencja Derwina, a raczej tego, co z niego zostało, została wymazana z jej winy. Bo z całą pewnością zasłużył na zaznanie spokoju, a nie na utknięcie w nie swoim ciele, nie swoim życiu, tutaj. Ze świadomością (?) tego, co się wokół działo, bez możliwości (?) zareagowania w jakiś sposób.
Przymknęła oczy, gdy usłyszała w końcu panie Longbottom. Ulga. Czyli jednak… jednak. Jednak tam był. Przetarła dłonią oczy, po czym zerknęła na Brennę i posłała jej blady uśmiech. Udało się – a wujek nadal wciąż tam był, gdzieś. Choć też od razu pojawił się mocniejszy wyrzut sumienia, iż zakłócały mu spokój.
I choć niby wiedziała, o co chciała spytać, tak teraz… teraz chciała przekazać tylko jedno. Twoje dziewczynki dają sobie radę bez ciebie, nie musisz się o nie martwić.
Ale…
Może nie wszystko naraz.
Widma były niemałym problemem i to raczej bardziej palącym niż jej własne, z którymi się mierzyła. Bo te nie zabijały niewinnych ot tak.