Pomoc bratu plasowała się w jej randze priorytetów na chyżym, lwim miejscu, bo chociaż był jej bardziej odległy niż brat bliźniak, którego kochała miłością bezwarunkową i – jak sama stwierdzała – wieczystą, gotowa mu pomóc nawet w brutalnym mordzie (który, swoją drogą, zapewne popełniłaby bez sentymentów czy przysłowiowego mrugnięcia okiem), tak jej miłość w stosunku do Williama mogły znaczyć odciski czystej i piekielnie silnej. Diabeł wszak tkwił w drobnym wnętrzu, a ona sama, choć na ogół promienna i radosna, emocje odczuwała bardzo dobitnie i z okrutną mocą – kierowana niepokalaną wręcz czystością uczuć, gotowa była do czynów skrajnych i diabelnych w swoim wyrazie, dlatego też z pewnością nie odmówiłaby prośbie starszego brata.
Może gdyby była odrobinę bardziej frasobliwa, odrobinę mocniej pragmatyczna, niestworzona z półmisku emocjonalności i szczypty niepokorności, a jej myśli nie owijałyby się w marzycielską bawełnę, przewidziałaby szare chmury, które w masywy zbierały się nad aleją. Odziana raptem w pstrokatą bluzkę, luźnie spodnie i – jak zawsze – obcasy tak wysokie, że nieomal dorównujące jej wyśrubowanemu ego, narzuciła na ramiona luźny, przejściowy płaszcz. Loki otaczające lotnie jej drobną buzię, tym razem nie były ujarzmione dłonią czarnego kapelusza, podskakiwały więc przy każdym dziarsko stawianym kroku.
Gdy tylko ujrzała brata, rozpromieniła się wyraziście, przybierając na wargi uśmiech osjaniczny (jak te mary, które krążą tylko nad ziemią, przemieniając piękne przenośnie w dandyzm współczesny), a gdy tylko stanęła już przed nim, wyprostowała się, unosząc dłonie.
A dłonie jej powędrowały na czoło brata, z którego – musząc wspiąć się na same palce – odgoniła jeden z niepokornych kosmyków, aby ułożywszy dłonie na jego policzkach (tak podobnych rysami do niej!), odcisnąć usta na jego czole. Prędko zaciągnęła rękaw, ścierając z jego skóry znamiona szminki krwistej, którą jak zawsze powleczone były jej spętane brakiem kurtuazji wargi.
– Will! – zagaiła początkowo. – Może gdybyś chętniej wychodził ze swojej nory, widywalibyśmy się częściej, a i może do obecności tych – ucięła, biorąc dramatyczny wdech – tfu, ludzi! – nie spodziewała się sama po sobie tak gorliwej ironii – przywykł trochę. Nie martw się jednak, ze mną nie grozi ci żadne niebezpieczeństwo z rąk tych szalonych bestii – ucięła, a jej kąciki ust ponownie zadrżały nieprzejednanie.
– Znam sklep, w którym z pewnością znajdziemy coś, co ci przypadnie do gustu. Nie kieruj się jednak swoim, a moim – odparła miękko.
Nie pozwalając mu na nazbyt długie chowanie się w cieniu potężnej budowli, chwyciła go pod ramię i zaciągnęła do jednego z przybytków zajmujących się modą męską. Znała go głównie dlatego, że często odbierała z niego szaty Leandra, przechodząc nieopodal; pociągnąwszy brata solidnie za łokieć, skierowała się ku drzwiom.