Tak, strzelanie zaklęciami bez opamiętania... Laurent spojrzał na Erika odrobinkę inaczej. Pośród tych wszystkich ułożonych gestów, dokładnie wykalkulowanych słów i perfekcyjnych uśmiechów to zdanie jako jedyne zabrzmiało bardzo prawdziwie. Życzliwie. Niekoniecznie dopisywał od razu do nieznajomego człowieka (znanego tylko z okładek czasopism) wykluwanie takich odczuć, ale zapisał sobie za to założenie, że te słowa były prawdziwe. Że nie był on tutaj z przyjemności, szukając radości w widowisku, ale chyba przyszedł tu jako... kto w zasadzie? Przyjaciel rzeczywiście? Z jednej strony ten świat czarodziei czystej krwi był mały, z drugiej często można było się zdziwić, że potrafiłeś się nie otrzeć bezpośrednio o kogoś, z kim... w zasadzie to nie żeby szczególnie często Philip i Laurent pokazywali się razem, więc może tak po prostu wyszło? Było coś wdzięcznego w tym spojrzeniu, jakie Erikowi posłał. Niema zgoda, nieme podziękowanie, a dla siebie samego zachował podziw dla słów tak prostych, tak szczerych i tak otwartych w gronie tego, że każdy tutaj sobie życzył miłego widowiska. Tym to w końcu miało być - zabawą, baletem. Lepsza taka forma pojedynku, niż gdyby panowie wyjaśniali to sobie w domowych ogródku.
Spojrzał ze swojego miejsca, jak Philip wręcza Bellowi swój płaszcz, zanim wkroczył na parkiet do pojedynków i jak Louvain z drugiej strony również opuścił towarzystwo. Nie było w tym niczego ekscytującego. Było to raczej smutne. Przykre. Niewłaściwe. Ale to była tylko jego perspektywa. Zaraz jednak odwrócił wzrok w kierunku Vakela i potem Victorii, kiedy ta odezwała się do mężczyzny o śnie. Proroczym zresztą. Znali się? Na to wyglądało? Posłał trochę pytające spojrzenie kobiecie, ale w tym zaciekawionym sensie. Takie pytanie, czy warto w ogóle poruszać ten temat. Proroctwo, jak to określiła, nie brzmiało jak dobra pogawędka na taki czas, jak ten.
Czy był rozdarty? Oczywiście. W gruncie rzeczy trzymał kciuki za obu panów. A głównie to trzymał kciuki, żeby ten pojedynek się szybko zakończył. Nie życzył porażki żadnemu z nich, zgrozo, dlaczego miałby? Choć to dość oczywiste, że w tym pojedynku bardziej zależało mu na Philipie, dopóki Atreusa nie było w grze. Zresztą sam fakt, że Louvain będzie musiał wpłacić pieniądze na cele charytatywne był całkowicie szczytny. Ugh, Laurent samego siebie ganił regularnie za to, że miał w sobie tego chytrusa, który chciał spać na swoim złocie i niechętnie je wyprowadzał ze swojego skarbca. Było to nadal nic w porównaniu z majątkiem Prewettów, ale jednak - było jego, samodzielnie wypracowane, zarobione. Jego zabezpieczenie i możliwość inwestycji w przyszłość. A ganił siebie za to bo myślał też regularnie o tym, że sam powinien wspierać więcej celów, które pomagałyby potrzebującym.
Odetchnął, milknąc, kiedy światła przygasły i mężczyźni wyszli na parkiet, żeby zgodnie z zasadą pojedynków oddalić się od siebie i stanąć po przeciwnych stronach tego teatru. Już napięcie wzrosło w nim do stopnia, gdzie było mu nieswojo.
- Chwilę popatrzę. - Obrócił głowę w kierunku Victorii, ale nie zdobył się na odwzajemnienie tego uśmiechu. Delikatnie poluzował krawat pod szyją, obracając znów głowę w stronę pojedynkujących się... sędzia dał sygnał i pierwsze zaklęcie świsnęło w powietrzu. Laurent odruchowo zamknął oczy, ale zaraz rozchylił powieki. - Mam szczerą nadzieję, że ograniczy się to do wymiany niegroźnych zaklęć. - Zwrócił się do Viki.