Jeśli to intuicja prowadziła Brennę to prowadziła ją bardzo dobrze. Rzeczy, które tutaj się znajdowały, nie leżały na swoich miejscach, dlatego że przyniosła je konkretna osoba. Bo nazywała się tak a tak, bo tak bardzo wypadało, bo była droga i miała się rzucać w oczy. Wieniec nie wisiał dlatego, że przysłała go właśnie Brenna. Wisiał tam, bo był symbolem tego, że na tym świecie zdarzały się rzeczy bardzo dobre i zdarzali się w nim też bardzo dobrzy ludzie. Bo tego, że naprawdę przyśle te kwiaty, zupełnie się nie spodziewał. A jednak zrobiła to - razem z ciastkami, które były żartem. Mimo tego, że martwił się o Brennę. O to, jak chodziła wokół jakby nigdy nic, jak normalnie żyła swoim życiem, mimo tych okrucieństw, które ją dotknęły, jak się uśmiechała i mówiła, że wszystko jest w porządku. Nie wierzył jej. Nie mogło być wszystko w porządku, bo gdyby było to musiałaby być osobą o kamiennym i zimnym sercu. Może w jej życiu przytrafiło się tyle nieszczęść, żeby naprawdę do tego doprowadzić. Ale teraz siedziała tutaj z Mavelle i ściskała jej dłoń. Mavelle, która wydawała się bardzo spięta. Albo to już on przekładał swoje napięcie na osoby, które w zasadzie miały o wiele większe prawo przejmować się tym wszystkim, niż on.
Nie było od kobiet żadnych pytań, ale dał im moment na ich zadanie, nim ułożył różdżkę obok siebie, zamykając oczy. Powtórzył pytanie, jakie padło od strony Brenny - w zasadzie powtórzył słowo w słowo, jakby to ona się do niego właśnie zwracała. Czy duch słyszał - nie wiedział. Jak sam wcześniej im mówił zdarzały się podczas tych seansów różne dziwne rzeczy. I to głównie dlatego każdy seans okupował stresem, związanym żołądkiem i zawsze rozmyślał, czy nie lepiej po prostu uciec i nie obcować ze zmarłymi, którzy zmarli powinni pozostać.
- Widma? Nie, nie było żadnych "widm" na polanie. Na brodę Merlina, tylko dementorów by tam brakowało..! Ale... jakie widmo, o co mnie pytasz, Brenno? - Laurenta zmroziło. Napiął się i wyprostował jak struna, nieprzyjemny dreszcz powędrował po całych jego plecach. On nie wie. Oczywista myśl uderzyła do jego głowy, kiedy całym sobą wyczuwał zmieszanie ducha uwięzionego teraz w zegarku należącym do zmarłego, z którym i Laurent był obecnie połączony. Co by się stało, gdyby teraz zegarek zniszczyć, albo zrobić jakąś równą głupotę? Nie wiedział. Nie próbował i nie chciał się dowiedzieć. Nawet się nad tym nigdy nie zastanawiał. Teraz ogarnęła go tylko groza, której nie chciał przekazać duchowi, więc skupił się na tym, co robi, na tej linii komunikacji. Zamilkł. Na dłuższy moment zamilknął, nie dając paniom odpowiedzi. - Jakie Limbo? - Zadał pytanie duch, tracąc trochę na swoim spokoju.
- On... Pan Longbottom nie zdaje sobie sprawy z tego, że umarł. - Powiedział bardzo cicho, znów otwierając oczy, żeby ze współczuciem spojrzeć na obie kobiety. Może z przeprosinami. Może... naprawdę nie powinni byli tego robić. Może to był błąd. Czy naprawdę duch mógł zdawać sobie sprawę z tego, że zmarł? Przechodząc już na drugą stronę, do Limbo? - Czy chcecie, żebymmm? - Go oświecił? Żeby co? Powiedzieć mu, że był martwy, a jego ciało w okropnym stanie... Och nie... Laurent wziął nierówny, głęboki wdech i ułożył dłoń na poziomie serca. - Co chciałybyście przekazać albo o co jeszcze zapytać? - Dokończył, albo zmienił swoją myśl. Spojrzał najpierw na Mavelle, potem znowu na Brennę.