To prawda, nosił się elegancko, z wyprostowaną głową, starał się trzymać swój podbródek wysoko. Ale bardzo często go zniżał. Nie miał tej siły, co miał jego ojciec, dlatego zamiast na siłę starać się utrzymać swoje plecy prosto zginał je, żeby brać ludzi podstępem. Wiedział, że niektórych z tych zgięć by Edward nie poparł. Że byłby zły, zirytowany, że by pogonił zapewne tych, którzy go przypierali do ściany, a jego potem opierdzielił, że nie przyszedł wcześniej, albo... na pewno nie byłoby to dobre. Laurent nie przyznawał się do bardzo wielu rzeczy. Zbyt wielu. Nie tylko przed ojcem, ale i przed całym światem. Wszystko po to, żeby wypaść jak najlepiej. Jak ten doskonały syn Prewettów, żeby ludzie widzieli w nim coś więcej, żeby swoją bezradność mógł wykuwać w broń, albo przynajmniej tarczę.
- Bóg może nie wiedzieć, ale ty nie będziesz wiedział? - Zapytał, uśmiechając się enigmatycznie. Zazwyczaj uśmiechał się tak do osób, które zaczynał czarować. Które zaczynał wplątywać w swoją sieć, żeby ich do siebie przyciągnąć i żeby... ach. Ale z ojcem to była gra, może zabawa. A może zwykły żarcik. Laurent był pobożny. Wierzył w Boga - przynajmniej jeśli o to chodzi. Powiedzenie tego w taki sposób było w pewien sposób niepoprawne, ale Laurent zawsze był Diabłem przebranym za Anioła - nie inaczej. Z tym, że diabłem o niezwykle dobrym sercu. Prawdopodobnie tym, który Niósł Światło. Samą Jutrzenką. Otworzył szerzej oczy, kiedy Edward się podniósł i poklepał swój... tron. Mistyczne siedzisko zawsze podziwiane z daleka, albo co najwyżej z ojcowskiego kolana. Spojrzał na srebrzystowłosego szukając jakiegoś... żartu. Ale nie. Edward leniwie minął biurko, tak i minęli się po jego przeciwnych stronach. I Laurent rzeczywiście usiadł w tym siedzisku, w którym świat wyglądał zupełnie inaczej. Jakbyś miał go w garści. Założył nogę na nogę, muskając bogate obicie i skórę. Ale zamiast władzy czuł się tu po prostu mały. I strasznie, ale to strasznie kruchy. Nie zmieniło to jednak tego, że motylki prawie rozleciały się po jego brzuchu i oczy rozbłysły. To był niby taki prosty gest od strony ojca, ale dla Laurenta to było coś więcej. O wiele, wiele więcej.
- Niszowa... tak, dobrze ujęte. - Nie przyszłoby mu nawet do głowy tak gładko wiązać Norę z czymś GORSZYM przez jej nazwę, ale Edward jak zwykle nie zawodził. Natomiast powtórzył to słowo klucz z lekkim zastanowieniem. Tak, brzmiało odpowiednio. Odpowiednio dyplomatycznie. Szczególnie, że Nora dopiero została otworzona.
- Nie ma żadnych wieści. Śledztwo jest zresztą utajnione, żeby nie wzbudzać paniki. I żeby aurorzy mogli swobodnie działać. - Innymi słowy - żeby też niekoniecznie wzbudzać uwagę mordercy, że ten jest poszukiwany. Zdaniem Laurenta to było całkiem sprytne, chociaż jego potrzeba ochrony ludzi raczej nie pozwoliłaby mu ukrywać takiej informacji. Myślał, żeby iść z tym do gazet, ale rada Victorii to od niego odsunęła. - Uważam pisanie do Minister Magii za ruch podobny do złego dziecka rzucającego lizakiem, żeby zyskać uwagę rodzica. - Skoro Edward chciał szczerości to proszę bardzo. Laurent przestał oglądać nową perspektywę świata i spojrzał na głowę rodu. - Gdybym był na twoim miejscu... zapewne zamiast rzucać tantrum na świat i czekać na aurorów wynająłbym osoby, które same mogłyby go szukać i go... - wyeliminować. Ale to już nie przeszło przez jego gardło. Natomiast dopowiadało się samo. - Ale ja ufam aurorom. - Nie sądził, żeby taki pomysł nie przeszedł przez ojcowską głowę, o którym powiedział - inaczej by go nie podjął, żeby takich pomysłów mu nie podsuwać. No ale to "co by było gdyby". Laurent siedział w New Forest, na tym fotelu miała siedzieć Pandora, a teraz siedział tutaj Edward. Więc Laurent jedynie teoretyzował.