W przeciwieństwie do swej partnerki w zbrodniach wymierzonych w zakały świata czarodziejów, młody Lestrange trzymał się z dala od Doliny Godryka. Bądź co bądź, podczas ich małej wycieczki do Kniei tuż po Beltane zrobili wszystko, co mieli do zrobienia. Dopełnili swój obywatelski obowiązek wsparcia rządu (i ludzi) w potrzebie, upewnili się, że ich widziano, a tym samym udowodnili sceptykom, że wielkie i starożytne rody czystej krwi bardzo chętnie udzielają pomocy poszkodowanym. Nawet jeśli nieoficjalnie nie było to im jakoś szczególnie na rękę.
Z uwagi na pracę w radio Rabastanowi obiły się o uszy plotki o wielkich zbiegowiskach mugoli w Dolinie, jednak na szczęście nikt z szefostwa nie uznał za stosowne wysłać go tam celem zebrania jakichś dodatkowych materiałów. Jego rola dalej ograniczała się do prowadzenia nocnych audycji i ta rutyna niezmiernie cieszyła chłopaka. I zapewne cieszyłby się kolejną nocą w kanciapie Nottów z filiżanką parującej herbaty, gdyby nie to, że... Zdołał się przeziębić. Niesamowite, biorąc pod uwagę to, że potrafił się teleportować, ale jednak taka była prawda. A Rabi miał to do siebie, że chorował dosyć... skrajnie.
Jaki widok mogła więc zastać Bellatriks, gdy postanowiła teleportować się bezpośrednio do jego siedziby? Wszystkie okna zostały przysłonięte przez ciężkie kotary, a Rabastan leżał w łóżku, z kilkoma poduszkami, wielką kołdrą i równie grubym kocem okrywającym całym jego ciało. Praktycznie w każdym kącie pokoju walały się zużyte chusteczki, a sama gwiazda tego przedstawienia charczała i pociągała nosem, wydając z siebie jęki godne najstraszniejszych Widm rezydujących obecnie w Kniei.
— A ja — zaniósł się kaszlem, przypominając chrząkanie wieloletniego palacza — eliksiru pieprzowego? — Uniósł dłonie na wysokość twarzy, wpatrując się w Bellę z niedowierzaniem. — Czy widzisz go w moich dłoniach? No właśnie!
Kolejny atak kaszlu. Z każdym kolejnym kaszlnięciem, kolor włosów Rabastana ulegał gwałtownym zmianom. Raz stały się białe jak śnieg, potem żółte jak żółtko jajka, a na koniec purpurowe niczym jedne z najbardziej ekskluzywnych buteleczek z perfumami sprzedawanych w drogerii Potterów na Pokątnej. Oczy chłopaka zaszły łzami, a on sam podciągnął kołdrę pod samą szyję.
— Poza tym... Poza tym, na co ci ona o tej porze? — Obrzucił ją ciekawskim spojrzeniem — Wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spała. Ciebie też dopadła ta zaraza w powietrzu?
Parsknął, łapiąc się za gardło, jednak w końcu przywołał przyjaciółkę do swojego boku. O ile znalazła skrawek łóżka wolny od chusteczek, miała nawet miejsce, aby usiąść niedaleko niego. Blondyn sięgnął po różdżkę i zapalił przy pomocy magii lampkę nocną, ograniczając jednak dopływ światła do minimum, co by nie podrażnić swojego zmęczonego chorobą wzroku.
— Jak to było? Żółte włosy, brązowe oczy, wysoka, ale z grubymi kośćmi? — odpuścił sobie kwieciste opisy, starając sobie poukładać w głowie obraz persony, którą zazwyczaj przybierała dzięki niemu Bellatriks. — Mogę się walnąć z kolorem oczu. Nie pamiętam, czy uderzaliśmy bardziej w ciemny brąz, czy jasny...
Rabastan zagryzł dolną wargę, starając się powstrzymać kolejną falę kaszlu, co by przypadkiem nie opluć panny Black. A potem zaczął praktykować swoją personalną magię, co by przemienić Bellę w tajemniczą Mery Sue.