07.10.2023, 22:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.10.2023, 23:17 przez Lorraine Malfoy.)
Cóż, sama egzystencja Malfoy była niczym więcej niźli kłamstwem; Lorraine była kłamczuchą i córką kłamcy, z fałszem na ustach i w spojrzeniu, oraz cmentarzyskiem sekretów w sercu. Potrafiła przekonać do siebie każdego swoim kuglarskim uśmiechem, prowokowała zazdrość chwaląc się zmyślonym dzieciństwem i wyimaginowanym bogactwem, a wszystko to dlatego, że już od najmłodszych lat wiedziała, że życie jest jak teatralne przedstawienie, w którym każdy odgrywa jakąś rolę.
Oczywiście, Lorraine zawsze widziała siebie w roli primadonny.
Jednak, kiedy wszystko jest kłamstwem, aplauz również wydaje się nieszczery.
Zapętlona w jakimś paradoksalnym połączeniu kompleksu boga i kompleksu niższości, Lorraine nie myślała o tym, że swym powabem wili przyciąga wiele uwagi, nie satysfakcjonowało ją to, że zna się na eliksirach jak mało kto, nie sprawiało jej nawet radości to, że była z tych Malfoyów, jednego z najdumniejszych rodów czystej krwi!! ...Bo najgorsze było to, że czasem zapominała, że kłamie nawet sama przed sobą. I nie potrafiła już znaleźć tej ostatecznej, prawdziwej wersji siebie.
Kiedy potakiwała i śmiała się grzecznie na słowa Brenny, nie mogła jednak powstrzymać gonitwy myśli. Tak, Lorraine przyciągali ludzie autentyczni, ponieważ - jak przystało na egocentrycznego narcyza - przy nich mogła poddawać SWÓJ charakter niekończącym się wiwisekcjom. Byli jak lustro, które pokazywało wszystkie jej własne niedoskonałości. Nienaturalni w swojej transparentności (oczywiście, kiedy patrzeć przez pryzmat wypaczononych manipulanckich szachrajstw wewnętrznego świata Lorraine). Rozmawiała o tym wiele razy z Lorettą Lestrange, która - z wyczuciem właściwym tylko artystom i nastoletnim dziewczynkom z depresją - podzielała jej przekonania na ten temat. To było niczym rozgrzeszenie, kiedy po wielu momentach zawahań - kpiącego, acz przepełnionego tęsknym oczekiwaniem milczenia czy znaczących spojrzeniach, w których tkwiło nieme wyzwanie: "powiedz to głośno" - na samym szczycie wieży astronomicznej, szeptały o tym, jak to czują, że muszą ukrywać jakąś straszną ciemność pod słodkimi uśmiechami, coś potwornego zapieczętowanego niczym demon w ich dziewczęcych serduszkach...
Rozdźwięk pomiędzy okropnym wnętrzem a pięknym opakowaniem był oczywisty. A jednak, Lorraine dalej coś ciągnęło do tych niezrozumiałych istot wybierających na co dzień szczerość, ponieważ miały w sobie coś, czego ona nie posiadała - jakiś wewnętrzny spokój... który pozwalał im żyć w zgodzie z samymi sobą. Brenno Longbottom, jak ty to robisz, pomyślała, nie pierwszy raz dziś zresztą.
Nigdy nie potrafiła zrozumieć, jak ci normalni to robili. Jakby wszyscy dopuszczeni byli do jakiejś tajemnicy, do jakiejś oczywistej prawdy życiowej, która tylko dla Lorraine wciąż pozostawała sekretem.
- Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej drogo wycenili twoją głowę - podsumowała Lorraine, rozbawiona nagłym obrotem akcji, jaki zasugerowała gryfonka.
Może ten sekret polegał po prostu na byciu sobą? NIEWAŻNE.
Jakiekolwiek sekrety kryły się za oczętami Longbottomówny koloru kadzi dojrzałego piwa kremowego, zanim Lorraine dałaby radę wyłowić je ze spienionej toni, z pewnością by się utopiła. Albo upiła.
Prawie jak profesor Slughorn i Dumbledore na ostatnim Yule!!
Otworzyła nieco szerzej swoje piękne oczka, kiedy Brenna zaczęła mówić o mistrzu eliksirów. Nie sposób się było z nią nie zgodzić, chociaż Lorraine nie widziała jednocześnie, dlaczego starsza dziewczyna przedstawiła to tak... negatywnie.
- Myślę, że lubi po prostu czuć się, że odniósł sukces jako pedagog, kiedy patrzy na osiągnięcia wychowanków... A bardzo bogatym albo bardzo utalentowanym zwykle łatwiej takowy w życiu przychodzi - zauważyła.
Bo przecież nie było powodu, dla którego Slughorn miałby się skupiać na jakichś śmierdzących biedakach albo na eliksiralnych beztalenciach!! Nie, żeby Lorraine sama nie była biedna jak kobold kowenowy, ale... Ech, modliła się w duchu o to, aby ten pąsowy rumieniec zniknął z jej twarzy. Bo zdarzało jej się marzyć o tym, jak to będzie sławną, utalentowaną pianistką albo alchemiczką, a profesor Slughorn - tak jak teraz wychwalał przy nich wielu swoich dawnych uczniów - tak też w przyszłości będzie pokazywał swoim nowym wychowankom postać Lorraine na wspólnym zdjęciu ze spotkania klubu Ślimaka. A może nawet wyciągnie jakąś starą gazetę z jej twarzą na okładce i przeczyta jakiś urywek o jej wybitnych osiągnięciach!!
Och, Lorraine była czasem taką głupiutką dziewuszką z głupiutkimi marzeniami.
Propozycja Brenny, rzucona tak nagle, zanim jeszcze zdążyła opanować drżenie serca, które dalej jeszcze obijało się o klatkę z jej żeber po ostatnim pytaniu gryfonki, była dla Malfoy niemałym zaskoczeniem. Miała nadzieję, że na jej twarzy nie było widać lawiny nienazwanych emocji, która ją teraz zalała. Zdecydowanie nie spodziewała się zaproszenia, nie od kogoś, kto znał ją tak powierzchownie, jak Longbottomówna. Nie wiedziała, co myśleć. Z jednej strony czuła zażenowanie, że ledwo znana dziewczyna oferuje spędzenie świąt razem, kompletnie bezinteresownie, a Lorraine nigdy nie mogłaby zrewanżować się podobnym zaproszeniem - była jak żebraczka, której ktoś rzucił jałmużnę. Czuła też wściekłość, którą szybko zidentyfikowała, bo często miała z nią do czynienia - wobec siebie, że zainicjowała tę dyskusję, wobec swojej cholernej rodziny, wobec tej rozwalającej się rudery w Little Hangleton, która była jej domem, i wreszcie wobec Brenny, jej idealnego życia, kryształowego charakteru i bezsensownej życzliwości. Czuła też wstyd, jak zawsze; wstyd nigdy jej nie opuszczał, nawet na moment. Wstyd z tego, że może gdyby nie była tak dumna, przez chwilę nawet rozważałaby propozycję gryfonki, która dołożyła starań, aby jej słowa były niezobowiązującą ofertą, jakby od niechcenia, jakby naprawdę jej zależało. Nie zmniejszyło to goryczy, jaką czuła Lorraine, jednak gdzieś bardzo głęboko, Malfoy poczuła także... wdzięczność. Za tę wyciągniętą w jej stronę dłoń. Za brak osądu.
I raz w życiu postanowiła nie folgować swoim negatywnym emocjom, a raczej skupić się na tym nikłym echu wdzięczności.
Dlatego uśmiechnęła się.
- Nawet nie wiesz, jak mi miło, że to proponujesz - teoretycznie nie kłamała, choć nie mówiła też całej prawdy. Czy właśnie o to chodzi w byciu... autentycznym? - Naprawdę ci dziękuję za zaproszenie, ale już ktoś obiecał, że dotrzyma mi towarzystwa tutaj, w zamku... - teraz trzeba jeszcze wymyślić, kto, hihi. - Ale nie obrażę się, jeżeli wyślesz mi zdjęcie swojej choinki. Dekorowanie domu to moja ulubiona część świąt - dodała, tym razem szczerze.
Zanim Brenna zdążyła zaprotestować (bo Lorraine wcześniej tylko przewróciła oczami na jej wywód o bohaterskich bliznach), Lorraine postanowiła mimo wszystko działać, zanim kompletnie zwariuje - bo jeżeli temat że świętami pociągną dalej, to niechybnie tak się stanie - i zbadać szafkę pielęgniarki. Zresztą, skoro Longbottomówna była dla niej na tyle miła, że zaprosiła ją do rodzinnego domu na świętowanie, to Lorraine nie mogła czuć się dłużna!!!
Już troszeczkę kręciło jej się w głowie od zbyt wielu ruchów, więc dała sobie spokój z plątaniną myśli i zamiast tego skupiła się na wstawaniu, zuchwale błyskając protezą na słowa protestu zmartwionej Brenny. Całkiem nieźle jej to szło, w końcu nie raz oberwała w rodzinnym domu, więc chyba bardziej nie dało się uszkodzić jej chorej główki, i bardzo ostrożnie dokuśtykała do szafki pielęgniarki. Nie mogła przepuścić takiej okazji!! Raz prawie ją nakryto, bo wypchała drobnymi fiolkami swój biustonosz, a szkło delikatnie podzwaniało, kiedy próbowała nieoostrzeżenie odejść... miała nadzieję, że tym razem nie będzie zmuszona chować niczego do majtek, czy coś. Ach, czegóż się nie robi dla biznesu... poza tym, musiała spalić trochę kalorii, bo niedobrze jej się robiło po tym jak widziała jak Brenna je czekoladę!!!
Otworzyła szafkę, jednak to, co tam znalazła, przekroczyło jej najśmielsze oczekiwania.
Pielęgniarka widać przeprowadziła remanent, i zamiast składników do eliksirów, kredens był teraz wypełniony książkami.
Chwila...
- Bogowie, tu są sam książki. LEPIEJ, same romanse. - zareportowała Brennie. Rozpal pod moim kociołkiem? - Wirująca magia-yyy... Dirty magic? To jest przecież coś, co czytały nasze babcie. Cztery wesela i kowen. Uwierz w ghoula? Nie wierzę. Wróżbitów naszych wina? To jest coś nowego. Autorem jest niejaki Wróżbita Maciej. Dziwne. Nigdy o nim nie słyszałam... Wywiad z wampirem? Brzmi... interesująco. - odłożyła jedną z książek na bok, ale już po chwili wróciła do przeglądania kolekcji harlekinów pielęgniarki. - Chyba trafiłam na nowy gatunek, posłuchaj, bo brzmi jak coś dla ciebie - rzuciła figlarnie. - To tylko Quidditch. O, to jest dobre: Ile miałaś mioteł? Chyba czuję się bardziej chora. Jest jeszcze jedna: Miotły moich byłych. Przykro mi, nie ma nic o morderczych tłuczkach. Ani o pałkarzach. Dziwne, wyszedłby z tego świetny, bardzo sugestywny tytuł.
Oczywiście, Lorraine zawsze widziała siebie w roli primadonny.
Jednak, kiedy wszystko jest kłamstwem, aplauz również wydaje się nieszczery.
Zapętlona w jakimś paradoksalnym połączeniu kompleksu boga i kompleksu niższości, Lorraine nie myślała o tym, że swym powabem wili przyciąga wiele uwagi, nie satysfakcjonowało ją to, że zna się na eliksirach jak mało kto, nie sprawiało jej nawet radości to, że była z tych Malfoyów, jednego z najdumniejszych rodów czystej krwi!! ...Bo najgorsze było to, że czasem zapominała, że kłamie nawet sama przed sobą. I nie potrafiła już znaleźć tej ostatecznej, prawdziwej wersji siebie.
Kiedy potakiwała i śmiała się grzecznie na słowa Brenny, nie mogła jednak powstrzymać gonitwy myśli. Tak, Lorraine przyciągali ludzie autentyczni, ponieważ - jak przystało na egocentrycznego narcyza - przy nich mogła poddawać SWÓJ charakter niekończącym się wiwisekcjom. Byli jak lustro, które pokazywało wszystkie jej własne niedoskonałości. Nienaturalni w swojej transparentności (oczywiście, kiedy patrzeć przez pryzmat wypaczononych manipulanckich szachrajstw wewnętrznego świata Lorraine). Rozmawiała o tym wiele razy z Lorettą Lestrange, która - z wyczuciem właściwym tylko artystom i nastoletnim dziewczynkom z depresją - podzielała jej przekonania na ten temat. To było niczym rozgrzeszenie, kiedy po wielu momentach zawahań - kpiącego, acz przepełnionego tęsknym oczekiwaniem milczenia czy znaczących spojrzeniach, w których tkwiło nieme wyzwanie: "powiedz to głośno" - na samym szczycie wieży astronomicznej, szeptały o tym, jak to czują, że muszą ukrywać jakąś straszną ciemność pod słodkimi uśmiechami, coś potwornego zapieczętowanego niczym demon w ich dziewczęcych serduszkach...
Rozdźwięk pomiędzy okropnym wnętrzem a pięknym opakowaniem był oczywisty. A jednak, Lorraine dalej coś ciągnęło do tych niezrozumiałych istot wybierających na co dzień szczerość, ponieważ miały w sobie coś, czego ona nie posiadała - jakiś wewnętrzny spokój... który pozwalał im żyć w zgodzie z samymi sobą. Brenno Longbottom, jak ty to robisz, pomyślała, nie pierwszy raz dziś zresztą.
Nigdy nie potrafiła zrozumieć, jak ci normalni to robili. Jakby wszyscy dopuszczeni byli do jakiejś tajemnicy, do jakiejś oczywistej prawdy życiowej, która tylko dla Lorraine wciąż pozostawała sekretem.
- Pozostaje mieć nadzieję, że przynajmniej drogo wycenili twoją głowę - podsumowała Lorraine, rozbawiona nagłym obrotem akcji, jaki zasugerowała gryfonka.
Może ten sekret polegał po prostu na byciu sobą? NIEWAŻNE.
Jakiekolwiek sekrety kryły się za oczętami Longbottomówny koloru kadzi dojrzałego piwa kremowego, zanim Lorraine dałaby radę wyłowić je ze spienionej toni, z pewnością by się utopiła. Albo upiła.
Prawie jak profesor Slughorn i Dumbledore na ostatnim Yule!!
Otworzyła nieco szerzej swoje piękne oczka, kiedy Brenna zaczęła mówić o mistrzu eliksirów. Nie sposób się było z nią nie zgodzić, chociaż Lorraine nie widziała jednocześnie, dlaczego starsza dziewczyna przedstawiła to tak... negatywnie.
- Myślę, że lubi po prostu czuć się, że odniósł sukces jako pedagog, kiedy patrzy na osiągnięcia wychowanków... A bardzo bogatym albo bardzo utalentowanym zwykle łatwiej takowy w życiu przychodzi - zauważyła.
Bo przecież nie było powodu, dla którego Slughorn miałby się skupiać na jakichś śmierdzących biedakach albo na eliksiralnych beztalenciach!! Nie, żeby Lorraine sama nie była biedna jak kobold kowenowy, ale... Ech, modliła się w duchu o to, aby ten pąsowy rumieniec zniknął z jej twarzy. Bo zdarzało jej się marzyć o tym, jak to będzie sławną, utalentowaną pianistką albo alchemiczką, a profesor Slughorn - tak jak teraz wychwalał przy nich wielu swoich dawnych uczniów - tak też w przyszłości będzie pokazywał swoim nowym wychowankom postać Lorraine na wspólnym zdjęciu ze spotkania klubu Ślimaka. A może nawet wyciągnie jakąś starą gazetę z jej twarzą na okładce i przeczyta jakiś urywek o jej wybitnych osiągnięciach!!
Och, Lorraine była czasem taką głupiutką dziewuszką z głupiutkimi marzeniami.
Propozycja Brenny, rzucona tak nagle, zanim jeszcze zdążyła opanować drżenie serca, które dalej jeszcze obijało się o klatkę z jej żeber po ostatnim pytaniu gryfonki, była dla Malfoy niemałym zaskoczeniem. Miała nadzieję, że na jej twarzy nie było widać lawiny nienazwanych emocji, która ją teraz zalała. Zdecydowanie nie spodziewała się zaproszenia, nie od kogoś, kto znał ją tak powierzchownie, jak Longbottomówna. Nie wiedziała, co myśleć. Z jednej strony czuła zażenowanie, że ledwo znana dziewczyna oferuje spędzenie świąt razem, kompletnie bezinteresownie, a Lorraine nigdy nie mogłaby zrewanżować się podobnym zaproszeniem - była jak żebraczka, której ktoś rzucił jałmużnę. Czuła też wściekłość, którą szybko zidentyfikowała, bo często miała z nią do czynienia - wobec siebie, że zainicjowała tę dyskusję, wobec swojej cholernej rodziny, wobec tej rozwalającej się rudery w Little Hangleton, która była jej domem, i wreszcie wobec Brenny, jej idealnego życia, kryształowego charakteru i bezsensownej życzliwości. Czuła też wstyd, jak zawsze; wstyd nigdy jej nie opuszczał, nawet na moment. Wstyd z tego, że może gdyby nie była tak dumna, przez chwilę nawet rozważałaby propozycję gryfonki, która dołożyła starań, aby jej słowa były niezobowiązującą ofertą, jakby od niechcenia, jakby naprawdę jej zależało. Nie zmniejszyło to goryczy, jaką czuła Lorraine, jednak gdzieś bardzo głęboko, Malfoy poczuła także... wdzięczność. Za tę wyciągniętą w jej stronę dłoń. Za brak osądu.
I raz w życiu postanowiła nie folgować swoim negatywnym emocjom, a raczej skupić się na tym nikłym echu wdzięczności.
Dlatego uśmiechnęła się.
- Nawet nie wiesz, jak mi miło, że to proponujesz - teoretycznie nie kłamała, choć nie mówiła też całej prawdy. Czy właśnie o to chodzi w byciu... autentycznym? - Naprawdę ci dziękuję za zaproszenie, ale już ktoś obiecał, że dotrzyma mi towarzystwa tutaj, w zamku... - teraz trzeba jeszcze wymyślić, kto, hihi. - Ale nie obrażę się, jeżeli wyślesz mi zdjęcie swojej choinki. Dekorowanie domu to moja ulubiona część świąt - dodała, tym razem szczerze.
Zanim Brenna zdążyła zaprotestować (bo Lorraine wcześniej tylko przewróciła oczami na jej wywód o bohaterskich bliznach), Lorraine postanowiła mimo wszystko działać, zanim kompletnie zwariuje - bo jeżeli temat że świętami pociągną dalej, to niechybnie tak się stanie - i zbadać szafkę pielęgniarki. Zresztą, skoro Longbottomówna była dla niej na tyle miła, że zaprosiła ją do rodzinnego domu na świętowanie, to Lorraine nie mogła czuć się dłużna!!!
Już troszeczkę kręciło jej się w głowie od zbyt wielu ruchów, więc dała sobie spokój z plątaniną myśli i zamiast tego skupiła się na wstawaniu, zuchwale błyskając protezą na słowa protestu zmartwionej Brenny. Całkiem nieźle jej to szło, w końcu nie raz oberwała w rodzinnym domu, więc chyba bardziej nie dało się uszkodzić jej chorej główki, i bardzo ostrożnie dokuśtykała do szafki pielęgniarki. Nie mogła przepuścić takiej okazji!! Raz prawie ją nakryto, bo wypchała drobnymi fiolkami swój biustonosz, a szkło delikatnie podzwaniało, kiedy próbowała nieoostrzeżenie odejść... miała nadzieję, że tym razem nie będzie zmuszona chować niczego do majtek, czy coś. Ach, czegóż się nie robi dla biznesu... poza tym, musiała spalić trochę kalorii, bo niedobrze jej się robiło po tym jak widziała jak Brenna je czekoladę!!!
Otworzyła szafkę, jednak to, co tam znalazła, przekroczyło jej najśmielsze oczekiwania.
Pielęgniarka widać przeprowadziła remanent, i zamiast składników do eliksirów, kredens był teraz wypełniony książkami.
Chwila...
- Bogowie, tu są sam książki. LEPIEJ, same romanse. - zareportowała Brennie. Rozpal pod moim kociołkiem? - Wirująca magia-yyy... Dirty magic? To jest przecież coś, co czytały nasze babcie. Cztery wesela i kowen. Uwierz w ghoula? Nie wierzę. Wróżbitów naszych wina? To jest coś nowego. Autorem jest niejaki Wróżbita Maciej. Dziwne. Nigdy o nim nie słyszałam... Wywiad z wampirem? Brzmi... interesująco. - odłożyła jedną z książek na bok, ale już po chwili wróciła do przeglądania kolekcji harlekinów pielęgniarki. - Chyba trafiłam na nowy gatunek, posłuchaj, bo brzmi jak coś dla ciebie - rzuciła figlarnie. - To tylko Quidditch. O, to jest dobre: Ile miałaś mioteł? Chyba czuję się bardziej chora. Jest jeszcze jedna: Miotły moich byłych. Przykro mi, nie ma nic o morderczych tłuczkach. Ani o pałkarzach. Dziwne, wyszedłby z tego świetny, bardzo sugestywny tytuł.