07.10.2023, 23:40 ✶
Nie miała pojęcia „jak to robi”, bo… nie próbowała robić niczego specjalnego. I gdyby nawet Lorraine zechciała podzielić się wszystkimi swoimi przemyśleniami, Brenna byłaby co najwyżej zaskoczona i wyjaśniła, że to przecież nie jej zasługa. Była normalna, bo miała normalnych rodziców, normalny dom, normalnego brata. Nie było w tym niczego, co osiągnęłaby sama, a przynajmniej tak właśnie uważała.
I nie wiedziała, co ukrywa się za uśmiechem Lorraine.
Dopiero za kilka lat Brenna miała wypatrywać noży, chowanych za plecami, fałszu w uśmiechach, jadu w miłych słowach. I nawet wtedy w pewnym sensie własna podejrzliwość napawać ją miała wstydem – wstydem i bólem, kiedy kierowała się wobec osób, niegdyś bliskich. W tej chwili, w tym hogwarckim świecie… nie dostrzegała tego, bo za słabo Malfoyównę znała.
A gdyby pewne rzeczy dostrzegła, zapewne nie widziałaby w nich nic złego.
– Uważam, że jest warta co najmniej dziesięć czekoladowych żab – oświadczyła Brenna ze śmiertelną powagą. Bo przecież czekoladowe żaby były poważną walutą! Zwłaszcza jeśli towarzyszyły im jakieś ciekawe karty, prawda? – Prawdopodobnie tak – zgodziła się, zbywając dyskusję o Slughornie po prostu wzruszeniem ramion. Lorraine zdawała się skłonna do obrony opiekuna Domu i Brenna wcale nie chciała jej denerwować, a poza tym? Przecież… to nie tak, że nie lubiła Ślimaka. Brenna w ogóle większość ludzi lubiła, póki nie uznawała ich za osobniki naprawdę paskudne. A Slughorn był po prostu przebiegły i interesowny, ale przy tym pozostawał dobrym nauczycielem i potrafił być całkiem miłym człowiekiem. Nie dręczył przecież tych mniej utalentowanych uczniów, po prostu nie okazywał im specjalnej uwagi.
Chociaż Brenna rzadko wietrzyła kłamstwo, przeczuwała, że w opowieści Lorraine o tym, że miała dotrzymać komuś towarzystwa, kryje się lekka przesada. Albo że nie kryje się w niej ani słowa prawdy. Nie dała jednak tego po sobie poznać, bo… była już w tym wieku, w którym zaczynała rozumieć pewną dumę. Dumę kogoś, kto nie chciał niczego od osoby, mającego coś więcej. I chociaż nie domyślała się tej całej złości i goryczy, jakie odczuwała teraz Malfoyówna – bo nie spodziewałaby się u niej powodów do takiej – wiedziała przecież, że niektórym… może po prostu przeszkadzać jej zachowanie, to z jakiej rodziny pochodziła, ile galeonów nosiła w kieszeniach i jak wiele prezentów dostawała na Święta. Wiedziała też, że niektórzy mogą sobie nie życzyć towarzystwa czy pomocy narwanej Brenny Longbottom.
Nie powstrzymywało ją to przed ofertą, ale już przed naleganiem – tak mniej więcej od jakichś dwóch lat – owszem. W końcu nie miała już trzynastu lat, aby pewnych rzeczy absolutnie „nie łapać”.
Lorraine mogła po prostu nie chcieć spędzać świąt z obcymi, nie chcieć towarzystwa samej Brenny albo uważać w swojej Malfoyowskiej dumie, że taka propozycja jej uwłacza.
– Jasne – odparła więc tylko lekko, udając, że wierzy w te zapewnienia. – Gdybyś zmieniła zdanie, zaproszenie jest aktualne. Można się umówić, że w zamian zrobiłabyś dla mnie parę porcji tego eliksiru, w domu mamy składniki – dorzuciła niezobowiązująco, gdyby przypadkiem właśnie ten brak odwzajemniania się był problemem.
Nie to, że potrzebowała mikstury. Och, gdyby chciała zwrócić na siebie uwagę chłopców – potrzebowałaby jej na pewno, bo wokół niej pełno było dziewczyn znacznie ładniejszych. Tyle że Brennie niezbyt na tym zależało. Jako córka Potterówny w dodatku miała do dyspozycji całą masę kosmetyków, najdroższych i najlepszych na rynku. Nie wspominając już o tym, że magią mogłaby zmienić własną twarz tak, że wyglądałaby jak najpiękniejsza spośród mugolskich aktorek… ale nigdy nawet nie kusiło jej, by to zrobić.
Ale zawsze był to jakiś pretekst.
Zsunęła się z łóżka, gdy Lorraine uparcie parła przez salę, gotowa ją podtrzymać, jeśli ta by upadła. Zaraz jednak, zwabiona opowieścią o książkach, podeszła bliżej, by tam zerknąć. Koniuszki ust zadrgały jej nieco, kiedy Malfoyówna zaczęła wymieniać, jakie to książki pochowała pielęgniarka w schowku.
– Jak nic o tłuczkach to nie wiem, czy jestem zainteresowana – odparła niby to marudnie. – A jest chociaż coś, co zaczyna się od jakiegoś spektakularnego upadku? Może w tym To tylko quidditch? Skoro tu utknęłam na dwa dni, mogę sprawdzić. Chociaż już ustaliłyśmy, że to był niecny zamach na moje życie, a nie jakieś próby podrywania – stwierdziła, pochylając się, by zerknąć na tytuły. – Same czarodziejskie romanse. Mam wrażenie, że mugole piszą jakieś ciekawsze książki. Tylko jak to zabierasz, schowaj pod poduszką, kiedy pielęgniarka tutaj wróci, jeszcze gotowa ją skonfiskować, że nieodpowiednia dla dzieci, czy coś. Albo ze wstydu, żeby ludzie się nie zorientowali, że to z jej kolekcji.
Brenna w teorii powinna zrobić to sama, ale uznawała, że w wieku piętnastu lat Lorraine raczej nie dozna szoku po lekturze. I niby dlaczego te dwa lata, dzielące ją od pełnoletności, miały robić akurat tak dużą różnicę, jeżeli szły o to, co czytywała?
I nie wiedziała, co ukrywa się za uśmiechem Lorraine.
Dopiero za kilka lat Brenna miała wypatrywać noży, chowanych za plecami, fałszu w uśmiechach, jadu w miłych słowach. I nawet wtedy w pewnym sensie własna podejrzliwość napawać ją miała wstydem – wstydem i bólem, kiedy kierowała się wobec osób, niegdyś bliskich. W tej chwili, w tym hogwarckim świecie… nie dostrzegała tego, bo za słabo Malfoyównę znała.
A gdyby pewne rzeczy dostrzegła, zapewne nie widziałaby w nich nic złego.
– Uważam, że jest warta co najmniej dziesięć czekoladowych żab – oświadczyła Brenna ze śmiertelną powagą. Bo przecież czekoladowe żaby były poważną walutą! Zwłaszcza jeśli towarzyszyły im jakieś ciekawe karty, prawda? – Prawdopodobnie tak – zgodziła się, zbywając dyskusję o Slughornie po prostu wzruszeniem ramion. Lorraine zdawała się skłonna do obrony opiekuna Domu i Brenna wcale nie chciała jej denerwować, a poza tym? Przecież… to nie tak, że nie lubiła Ślimaka. Brenna w ogóle większość ludzi lubiła, póki nie uznawała ich za osobniki naprawdę paskudne. A Slughorn był po prostu przebiegły i interesowny, ale przy tym pozostawał dobrym nauczycielem i potrafił być całkiem miłym człowiekiem. Nie dręczył przecież tych mniej utalentowanych uczniów, po prostu nie okazywał im specjalnej uwagi.
Chociaż Brenna rzadko wietrzyła kłamstwo, przeczuwała, że w opowieści Lorraine o tym, że miała dotrzymać komuś towarzystwa, kryje się lekka przesada. Albo że nie kryje się w niej ani słowa prawdy. Nie dała jednak tego po sobie poznać, bo… była już w tym wieku, w którym zaczynała rozumieć pewną dumę. Dumę kogoś, kto nie chciał niczego od osoby, mającego coś więcej. I chociaż nie domyślała się tej całej złości i goryczy, jakie odczuwała teraz Malfoyówna – bo nie spodziewałaby się u niej powodów do takiej – wiedziała przecież, że niektórym… może po prostu przeszkadzać jej zachowanie, to z jakiej rodziny pochodziła, ile galeonów nosiła w kieszeniach i jak wiele prezentów dostawała na Święta. Wiedziała też, że niektórzy mogą sobie nie życzyć towarzystwa czy pomocy narwanej Brenny Longbottom.
Nie powstrzymywało ją to przed ofertą, ale już przed naleganiem – tak mniej więcej od jakichś dwóch lat – owszem. W końcu nie miała już trzynastu lat, aby pewnych rzeczy absolutnie „nie łapać”.
Lorraine mogła po prostu nie chcieć spędzać świąt z obcymi, nie chcieć towarzystwa samej Brenny albo uważać w swojej Malfoyowskiej dumie, że taka propozycja jej uwłacza.
– Jasne – odparła więc tylko lekko, udając, że wierzy w te zapewnienia. – Gdybyś zmieniła zdanie, zaproszenie jest aktualne. Można się umówić, że w zamian zrobiłabyś dla mnie parę porcji tego eliksiru, w domu mamy składniki – dorzuciła niezobowiązująco, gdyby przypadkiem właśnie ten brak odwzajemniania się był problemem.
Nie to, że potrzebowała mikstury. Och, gdyby chciała zwrócić na siebie uwagę chłopców – potrzebowałaby jej na pewno, bo wokół niej pełno było dziewczyn znacznie ładniejszych. Tyle że Brennie niezbyt na tym zależało. Jako córka Potterówny w dodatku miała do dyspozycji całą masę kosmetyków, najdroższych i najlepszych na rynku. Nie wspominając już o tym, że magią mogłaby zmienić własną twarz tak, że wyglądałaby jak najpiękniejsza spośród mugolskich aktorek… ale nigdy nawet nie kusiło jej, by to zrobić.
Ale zawsze był to jakiś pretekst.
Zsunęła się z łóżka, gdy Lorraine uparcie parła przez salę, gotowa ją podtrzymać, jeśli ta by upadła. Zaraz jednak, zwabiona opowieścią o książkach, podeszła bliżej, by tam zerknąć. Koniuszki ust zadrgały jej nieco, kiedy Malfoyówna zaczęła wymieniać, jakie to książki pochowała pielęgniarka w schowku.
– Jak nic o tłuczkach to nie wiem, czy jestem zainteresowana – odparła niby to marudnie. – A jest chociaż coś, co zaczyna się od jakiegoś spektakularnego upadku? Może w tym To tylko quidditch? Skoro tu utknęłam na dwa dni, mogę sprawdzić. Chociaż już ustaliłyśmy, że to był niecny zamach na moje życie, a nie jakieś próby podrywania – stwierdziła, pochylając się, by zerknąć na tytuły. – Same czarodziejskie romanse. Mam wrażenie, że mugole piszą jakieś ciekawsze książki. Tylko jak to zabierasz, schowaj pod poduszką, kiedy pielęgniarka tutaj wróci, jeszcze gotowa ją skonfiskować, że nieodpowiednia dla dzieci, czy coś. Albo ze wstydu, żeby ludzie się nie zorientowali, że to z jej kolekcji.
Brenna w teorii powinna zrobić to sama, ale uznawała, że w wieku piętnastu lat Lorraine raczej nie dozna szoku po lekturze. I niby dlaczego te dwa lata, dzielące ją od pełnoletności, miały robić akurat tak dużą różnicę, jeżeli szły o to, co czytywała?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.