Wierzył w Boga. Wierzył w Matkę. Wierzył w bożków i istoty, którym oddawano cześć na sabatach - bo jak w nie nie wierzyć? Przy cudach, jakie działy się wokół nich, przy magii, która przepływała przez ich żyły i osiadała na tym świecie tak jak kurz osiadał na meblach i tańczył zawsze w powietrzu, bo nie sposób było się go pozbyć. Tak i magii nie dało się wyplenić. A może dało? Może jednak świat miał jeszcze pokazać, że Los miał co innego dla nich wszystkich w planie? Jeśli więc ktoś mógłby na nich spoglądać, unosić swoje brwi w zdumieniu, albo krzywić się w zniesmaczeniu to tylko siły, które nie mogły przekazać tego sekretu dalej. Albo mogły..? W niesmacznych snach i wizjach, które były w stanie ogarnąć człowieka? To już by zakrawało na paranoję, od tej zaś obaj panowie byli bardzo dalecy.
Czy więc nie było niczego złego w grzechu? Jeśli nie było w nim niczego złego - czemu zwał się grzechem? Ale nie było niczego złego w miłości. W zbliżeniu dwóch ciał, w przyciąganiu, przecież to nie mogło być złe, jeśli przynosiło tyle radości. Nie mogło, prawda? A jednak w oczach społeczeństwa - było. Tego samego, które tutaj nie istniało. Laurent uniósł różdżkę, by osłaniające ich szyby przyciemnić - pokryć szronem, śniegiem, by wszystkie sekrety tego miejsca naprawdę zostały ich sekretami. By to nie był grzech, a więc by nie było niczym złym. Cokolwiek by się nie stało. Cokolwiek by się nie działo. Takim sposobem we wnętrzu zrobiło się nieco ciemniej, ale i przytulniej przy zapalonych latarenkach rzucających półmrok na liście i kwiaty. Laurent prawie mógł usłyszeć miarowe bicie serca skrytego za ciemną koszulą Bellamyego. A może to jego, które przyśpieszyło w ten przyjemny sposób, w tym wyczekiwanym rytmie? Uśmiechał się z lekkim rozbawieniem i rozczuleniem jednocześnie na te słowa, w odpowiedzi na uśmiech mężczyzny. To wydawało się takie proste, kiedy wysuwało się z jego gardła. Blondyn nie zamierzał burzyć tej prostoty.
- Mam pomysł, kto mógłby mnie powstrzymać. - I potrzymać również. Laurent wyciągnął drugą rękę do Bella i przesunął palcami po linii jego szczęki, by oprzeć ją na jego szyi, zsunąć tymi palcami nieco w dół, za jego kołnierz. To specyficzne uczucie nie malało - tylko bardziej narastało. Otumaniało o wiele lepiej i skuteczniej niż alkohol. Bo skoro ciągle nie było wycofania od Duponta, skoro każdy gest mężczyzny zdawał się otarty na jego gesty, dopasowywać do jego dotyku to apetyt nie malał. Tylko rósł. W oczekiwaniu na to, żeby zakosztować, jak smakuje ten współtwórca Raju. - Przeszłość to historia, mój drogi. Jutro to tajemnica. A dziś... dziś to dar. - Odparł na jego słowa o tym, że żałuje braku wcześniejszego poznania. Nie było czego żałować. Historię zostawiali za plecami, a to, że mogli się poznać dzisiejszej nocy było darem. Mogli go pielęgnować w każdym następnym dniu, tygodniu i miesiącu, albo pozwolić odejść do historii wypełnionej tym smakiem. Kwiat Jednej Nocy. Bo Laurent na pewno zamierzał sięgnąć do Francuza, który osiadł w Londynie aby go poznać i jednocześnie zostać poznanym. Wrażenie o tym, że to byłaby naprawdę miła znajomość było obopólne.
Dreszcz przeszył jego ciało od tego muśnięcia, ledwo wyczuwalnego. Sama obserwacja tego ruchu, kiedy powoli unosił jego nadgarstek, kiedy pochylił swoją piękną, marmurową twarz. Do niego. Dla niego. Och, Bellamy... Nagle całe myślenie o winach i przewinach umknęło i Bell wydawał się najbardziej niewinną i subtelną istotą tego świata. Gwiazdka migocząca na granacie firmamentu, którą możesz ująć w dłonie. Byleś to robił tak delikatnie, aby jej nie uszkodzić. Laurent oparł się pośladkami o szafkę za sobą, przyciągając dłońmi mężczyznę do siebie, żeby złożyć pocałunek na jego wargach, na jego policzkach, na jego szyi, żeby przesunąć dłońmi po jego ciele, gdy temperatura rosła i można było zapomnieć o tym Bożym świecie. Zapomnieć o tym, że za szybami trwała zima i kąsał mróz.
Raj skrywał w końcu wiele grzechów.