Była w końcu rasową lwicą salonową, obracającą się wśród dusznej woni piżmowych perfum i miałkiego, sypkiego pudru – odnajdywała tam swoje miejsce przylegania, akwen, w którym zakwitnąć miała róża jej bytowania. Nie potrafiła żyć w samotności z rozmaitych pobudek – oczywiście, była zwierzęciem stadnym, a w dodatku tak zdeterminowanym innymi ludźmi, że łaknącym ich atencji. Nie było to niczym, co przyprawiałoby sylwetkę o całun hańby; z dumą obnosiła się z własnymi autotelicznymi wartościami, tak jakby faktycznie nie było w nich nic niewłaściwego. Pragnąc głęboko cudzej uwagi, popadła we własną, skromną obsesję milkliwego bycia dostrzeganą. Wciąż; nie uważała tego za nic ujmującego, jednak życie śliskimi spojrzeniami ciżby przynosiło także wartości ujmujące. Nie potrafiła w końcu być samotniczką, usuniętą na margines, aspołeczną istotą.
– Żywię się tajemnicami, Bellamy – odparła, a w jej spojrzeniu, miękko spoczywającym na osobie mężczyzny, zabłysła niewiadomego pochodzenia iskra.
Przyglądała mu się nachalnie jeszcze przez chwilę, analizując, jak wiele mroku mógł w sobie kryć; doszła jednak do konsensusu, że jak jej dusza jest przegniła i poczerniała, jego cechowała się niewiadomą jasnością. Ach, chętnie wniknęłaby w meandry jego umysłu, rzuciła urok, który wydobyłby z niego wszelkie atawizmy… uśmiechnęła się jednak tak, aby ukryć parszywe myśli.
Powietrze ciepłej nocy uderzyło ją niewielkim, miałkim powietrzem, wprawiając w kołysanie kosmyki czerni włosów; przymknęła oczy na moment, rozkoszując się letnim urokiem, aby po chwili odrzucić głowę do tyłu, wbijając wzrok w nieskalany tumanami chmur nieboskłon, z którego migały gwiazdy przetykające czarną szatę.
Kosmyk grzywki położył się niewinnie akwarelą na czole – było duszno, a wypite ilości trunku krążyły niespokojnie w żyłach.
Pominęła skrzętnym milczeniem jego słowa odnośnie zaburzonego dzieciństwa; posiadała w końcu swoje mroki duszy, sięgające lat sielskich, nie zamierzała jednak brać udziału w licytacji. Istotnie, prawdopodobnie Dupont miał większe aberracje lat młodości – jej jednak, również nie było krystalicznie czyste. Ponoć raz rozbitego wazonu nigdy nie poskładasz we właściwą, pierwotną całość – jej życie od zarania było właśnie tym wazonem rozłożonym na części pierwsze.
– Oho! Znalazł się dżentelmen – parsknęła na jego słowa.
Las otwierał między nimi miękkie połacie listowia, szumiącego pod wpływem targania niewinnym wiatrem. Zagłębiając się w jego arkana, starała się usilnie nie ugrzęznąć w błocie, a gdy dotarli do jednej z łąk – kierowani zupełnym przypadkiem i intuicją – przysiadła na głazie, wychylając solidny łyk napoczętego szampana.
– Nie uważasz, że zachowujemy się jak dzieci? Może to to jest tym powrotem do dzieciństwa? Picie kadarki pośród niczego. O boże, Bellamy, mi naprawdę już szumi w głowie – rzekła, wzdychając. – Nie bierz tego za zachętę, ale w takim stanie chętnie wyjawię swoje tajemnice.