08.10.2023, 11:44 ✶
Brenna gadała, owszem, ale gadając ciągnęła Kaydena w tył, ot by przypadkiem nie uruchomił jakieś tysiącletniej pułapki albo innego cholerstwa. I nie sądziła, że skoro ostatecznie nie dotknął zbyt wiele, coś się stanie…
…no cóż, się myliła i powinni byli poruszać się w tył znacznie żwawiej.
Brenna nie skręciła kostki. Upadła nawet dość zgrabnie, może po części dlatego, że pan Longbottom trening swojego potomstwa w zakresie aktywności fizycznej rozpoczynał kiedy kończyli pięć lat, a może, bo naprawdę nabierała coraz większej wprawy w upadaniu. (Wprawa ta miała zresztą urosnąć w ciągu najbliższych paru miesięcy.) Pył osiadł jej na włosach, dostał się do nosa i ust, ziemia ubrudziła mundur, i pewnie nabiła sobie jednego albo dwa siniaki, ale nic nie zostało połamane.
– Kayden?! – zawołała od razu, również wypluwając ziemię: ach, nie ma to jak wyrafinowana dziedziczka rodu czystej krwi. Gdy usłyszała, jak ją woła, odetchnęła z ulgą i poczołgała się ku niemu przez kamienie i…
…ach tak. Ludzkie kości.
Chyba. Nie była patologiem ani archeologiem, ale miała dziwne wrażenie, że to na co natrafiła jej ręka, wcale nie było kamieniem. Chociaż czy powinna się dziwić? W końcu kurhan sam w sobie sugerował stare kości. Brenna nie spodziewała się za to dziwnych dźwięków, osuwającej się ziemi i tak dalej… A nie. Zaraz. Spodziewała się. Nie była chyba jednak zaskoczona.
– Cała i zdrowa. Nie połamałeś się? – upewniła się, wstając. Wyciągnęła ręce, by pomóc mu dźwignąć się na nogi, a potem rozejrzała po ich znalezisku. Jej wzrok na dłużej zatrzymał się na tym przedziwnym włazie. – To chyba on jest źródłem… tych wszystkich dziwnych dźwięków i tak dalej. I ośmielę się postawić tezę, że to ten moment, gdy stąd spierdalamy, bo raz, może nam to zaraz upiec mózgi albo coś takiego, dwa, każdy krok chyba może rozwalić wam stanowisko archeologiczne… – oceniła, wyciągając z kieszeni różdżkę. Machnęła nią, by wyczarować… Tak. Drabinkę, która wspięła się po dziurze, by ułatwić im wydostanie się. Wyglądało na to, że owszem, znaleźli coś, co miało bardzo mocno zainteresować archeologów magicznych, tyle tylko, że Brenna miała wrażenie, że to była chwila, w której należało ściągnąć tu zespół specjalistów, bo jeżeli oni zabiorą się za dalsze badania… to albo zginą, albo coś uszkodzą.
– Właź pierwszy. Wygląda na to, że nas oboje czeka dziś sporo pracy – powiedziała, uśmiechając się do niego jak gdyby nigdy nic, chociaż nie opuściła różdżki i jej wzrok zaraz uciekł z powrotem do włazu i dna dołu. Bo Brenna lubiła być gotowa na najgorsze, i nie chciała stracić czujności, dopóki stąd nie wyjdą…
…no cóż, się myliła i powinni byli poruszać się w tył znacznie żwawiej.
Brenna nie skręciła kostki. Upadła nawet dość zgrabnie, może po części dlatego, że pan Longbottom trening swojego potomstwa w zakresie aktywności fizycznej rozpoczynał kiedy kończyli pięć lat, a może, bo naprawdę nabierała coraz większej wprawy w upadaniu. (Wprawa ta miała zresztą urosnąć w ciągu najbliższych paru miesięcy.) Pył osiadł jej na włosach, dostał się do nosa i ust, ziemia ubrudziła mundur, i pewnie nabiła sobie jednego albo dwa siniaki, ale nic nie zostało połamane.
– Kayden?! – zawołała od razu, również wypluwając ziemię: ach, nie ma to jak wyrafinowana dziedziczka rodu czystej krwi. Gdy usłyszała, jak ją woła, odetchnęła z ulgą i poczołgała się ku niemu przez kamienie i…
…ach tak. Ludzkie kości.
Chyba. Nie była patologiem ani archeologiem, ale miała dziwne wrażenie, że to na co natrafiła jej ręka, wcale nie było kamieniem. Chociaż czy powinna się dziwić? W końcu kurhan sam w sobie sugerował stare kości. Brenna nie spodziewała się za to dziwnych dźwięków, osuwającej się ziemi i tak dalej… A nie. Zaraz. Spodziewała się. Nie była chyba jednak zaskoczona.
– Cała i zdrowa. Nie połamałeś się? – upewniła się, wstając. Wyciągnęła ręce, by pomóc mu dźwignąć się na nogi, a potem rozejrzała po ich znalezisku. Jej wzrok na dłużej zatrzymał się na tym przedziwnym włazie. – To chyba on jest źródłem… tych wszystkich dziwnych dźwięków i tak dalej. I ośmielę się postawić tezę, że to ten moment, gdy stąd spierdalamy, bo raz, może nam to zaraz upiec mózgi albo coś takiego, dwa, każdy krok chyba może rozwalić wam stanowisko archeologiczne… – oceniła, wyciągając z kieszeni różdżkę. Machnęła nią, by wyczarować… Tak. Drabinkę, która wspięła się po dziurze, by ułatwić im wydostanie się. Wyglądało na to, że owszem, znaleźli coś, co miało bardzo mocno zainteresować archeologów magicznych, tyle tylko, że Brenna miała wrażenie, że to była chwila, w której należało ściągnąć tu zespół specjalistów, bo jeżeli oni zabiorą się za dalsze badania… to albo zginą, albo coś uszkodzą.
– Właź pierwszy. Wygląda na to, że nas oboje czeka dziś sporo pracy – powiedziała, uśmiechając się do niego jak gdyby nigdy nic, chociaż nie opuściła różdżki i jej wzrok zaraz uciekł z powrotem do włazu i dna dołu. Bo Brenna lubiła być gotowa na najgorsze, i nie chciała stracić czujności, dopóki stąd nie wyjdą…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.