08.10.2023, 17:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.12.2023, 13:41 przez Florence Bulstrode.)
Żadne ciepło i wilgoć nie były w stanie wpłynąć na idealną fryzurę Florence Bulstrode. Odpowiedni szampon do włosów i stosowne zaklęcie kobieta wynalazła już wtedy, kiedy miała dwanaście lat. Nie ze względu na próżność, bo Florence jedynie na specjalne okazje starała się wyglądać pięknie. Raczej z powodu głęboko zakorzenionego zamiłowania do porządku, a to oznaczało także nadmierne wręcz dbanie o to, aby chaos nie zagościł przypadkiem na jej głowie. Żaden włosek nie ośmielił się choćby spróbować umknąć ze starannie zaplecionego, ciemnego warkocza. Kiedy więc wkroczyła do kamienicy, w której odbywała się konferencja, prezentowała się tak jak zwykle: schudnie i elegancko – tym rodzajem elegancji skromnej i nie rzucającej się od razu w oczy. Ubrania Florence miały stonowane barwy i były pozbawione ozdób, ale każdy element garderoby pasował do pozostałych, żaden nie wyglądał na ani odrobinę znoszony i wykonano je z dobrych materiałów.
A jasne, bystre oczy uzdrowicielki, zaledwie po jednym spojrzeniu wyłapały, że Lief Fiske, obok którego usiadła, jest zdecydowanie za chudy – efekt choroby bądź niewłaściwego odżywiania, jak na gust magomedyczki – i chociaż wyglądał względnie porządnie… to tak, względnie było tutaj słowem kluczowym.
Nie skomentowała tego, żaden mięsień na bladej twarzy nie drgnął nawet. Były to ot obserwacje kogoś, kto w określony sposób patrzył na świat (jej nerwica natręctw i pewnego rodzaju obsesja dotycząca schludności sprawiały, że pewne rzeczy zauważała od razu), ale Bulstrode nie miała na tyle złych manier, by się w takich kwestiach wypowiadać. Albo nawet od razu na ich podstawie oceniać. Ostatecznie nie wszyscy klątwołamacze byli bogaci albo nawet zamożni. Ta praca mogła przynieść pieniądze, ale gdy byłeś w tym bardzo dobry i wiedziałeś jeszcze, w jaki sposób zrobić ze swoich umiejętności dobry użytek.
Podczas pierwszego wykładu, dotyczącego nowej teorii odnośnie działania klątw stosowanych w starożytnym Egipcie, Florence nie odrywała wzroku od wykładowcy ani na sekundę. Wyraz twarzy miała równie kamienny, jak wtedy, kiedy weszła do pomieszczenia. Gdy jednak ogłoszono przerwę i w pomieszczeniu zaczęły się przyciszone dyskusje, ledwo wykładowca wyszedł na zewnątrz, zmarszczyła brwi z wyraźnym niezadowoleniem.
– Co za partacz – mruknęła, odprowadzając spojrzeniem starszego klątwołamacza. Może do siebie, może do Liefa, chociaż prawdopodobnie to pierwsze, zważywszy na to, że mówiła dość cicho i wzrok utkwiła w wykładowcy, nie w siedzącym obok mężczyźnie. – Doprawdy, mam nadzieję, że kolejne wykłady będą miały więcej sensu, bo on zdaje się nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że w takim okresie większości klątw w Egipcie nie rzucano za pomocą różdżek…
Najwyraźniej kobieta nie była pod wrażeniem tej nowej, innowacyjnej teorii, jaką tutaj przedstawiono. Nie to, że była znawcą historii – bo nie była – ale o klątwach, obojętnie czy starożytnych czy nowych, wiedziała całkiem dużo.
A jasne, bystre oczy uzdrowicielki, zaledwie po jednym spojrzeniu wyłapały, że Lief Fiske, obok którego usiadła, jest zdecydowanie za chudy – efekt choroby bądź niewłaściwego odżywiania, jak na gust magomedyczki – i chociaż wyglądał względnie porządnie… to tak, względnie było tutaj słowem kluczowym.
Nie skomentowała tego, żaden mięsień na bladej twarzy nie drgnął nawet. Były to ot obserwacje kogoś, kto w określony sposób patrzył na świat (jej nerwica natręctw i pewnego rodzaju obsesja dotycząca schludności sprawiały, że pewne rzeczy zauważała od razu), ale Bulstrode nie miała na tyle złych manier, by się w takich kwestiach wypowiadać. Albo nawet od razu na ich podstawie oceniać. Ostatecznie nie wszyscy klątwołamacze byli bogaci albo nawet zamożni. Ta praca mogła przynieść pieniądze, ale gdy byłeś w tym bardzo dobry i wiedziałeś jeszcze, w jaki sposób zrobić ze swoich umiejętności dobry użytek.
Podczas pierwszego wykładu, dotyczącego nowej teorii odnośnie działania klątw stosowanych w starożytnym Egipcie, Florence nie odrywała wzroku od wykładowcy ani na sekundę. Wyraz twarzy miała równie kamienny, jak wtedy, kiedy weszła do pomieszczenia. Gdy jednak ogłoszono przerwę i w pomieszczeniu zaczęły się przyciszone dyskusje, ledwo wykładowca wyszedł na zewnątrz, zmarszczyła brwi z wyraźnym niezadowoleniem.
– Co za partacz – mruknęła, odprowadzając spojrzeniem starszego klątwołamacza. Może do siebie, może do Liefa, chociaż prawdopodobnie to pierwsze, zważywszy na to, że mówiła dość cicho i wzrok utkwiła w wykładowcy, nie w siedzącym obok mężczyźnie. – Doprawdy, mam nadzieję, że kolejne wykłady będą miały więcej sensu, bo on zdaje się nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że w takim okresie większości klątw w Egipcie nie rzucano za pomocą różdżek…
Najwyraźniej kobieta nie była pod wrażeniem tej nowej, innowacyjnej teorii, jaką tutaj przedstawiono. Nie to, że była znawcą historii – bo nie była – ale o klątwach, obojętnie czy starożytnych czy nowych, wiedziała całkiem dużo.