Honorowy pojedynek był dobry w romansach, przelewanych na pergamin i pozostawionych, by sobie dogorywały w spokoju. Według Kaydena taka walka niczego nie rozwiązywała, a jedynie jeszcze bardziej pogłębiała spór. Źródło rozrywki — oh, tak... to było już bliższe definicji owego pojedynku. Zwłaszcza że ryzyko i lekkomyślność było idealnym podium dla widowiska. Ni mniej jednak Kay pojawił się na nim z prostego powodu. Pojedynkował się jego kuzyn, a to już wystarczyło, by przyjął jego zaproszenie i pojawił się — lekko spóźniony - w sali zarezerwowanej dla całej tej arystokratycznej śmietanki. Rozpoznawał niektóre twarze, choć większości osobiście nie poznał. Szukał wzrokiem Philipa, by mu życzyć powodzenia, ale już go w loży nie zastał. Trudno, życzy mu powodzenia w dochodzeniu do siebie po walce... jakkolwiek by się ona nie skończyła.
Odziany w elegancką czerń i krwawą czerwień, podążył za hostessą do wydzielonej strefy, pozostawiając za sobą lekką woń wiśni i nikotyny, bo z fajkami już od paru dni się nie rozstawał. Skłamałby mówiąc, że to widowisko nie miało go odciągnąć na parę chwil od pracy. Głównie dlatego postanowił się w końcu zebrać i przyjść. Sam, bo nie miał głowy do załatwiania sobie towarzystwa. Zresztą... tutaj było już wystarczająco ciekawie.
Srebrne oczy szukały punktu zaczepienia, aż nie zahaczyły o twarz kobiety, którą już wiele razy widział na bankietach i przyjęciach, dotyczących świata sztuki. Nie tylko, bo przecież i w hogwarcie widział ją w domu węża, rok niżej od niego i chyba już wtedy spoglądał na nią ciekawskim okiem. Nigdy jednak nie miał okazji się z nią zapoznać, a bardzo tego chciał. Kto by nie chciał? Rubinowe Wino, to widziały jego oczy, gdy spoglądał na zdjęcia w gazetach, i wcale nie dotyczyło to barw. Nie miał wątpliwości, że była charakterna. Nie miał też wątpliwości, że z łatwością zgniatała konkurencję wysokim obcasem. Wiedział również, że była siostrą Louvaina, o którą toczył się ów spór, co jeszcze bardziej potęgowało pragnienie poznania sławnej artystki. Tak naprawdę nie orientował się, o co w zasadzie poszło dokładnie z tym całym honorowym pojedynkiem. O kobiecą godność na pewno, co wynikało z listu od Philipa. Skłamałby mówiąc, że nie pragnie poznać wersji wydarzeń, malowanych artystycznym okiem i tak naprawdę nie wie, komu jeszcze kibicować. To, że stał murem za rodziną to jedno, a to, że rodzina nie zawsze podejmowała właściwe decyzje, to drugie. Podszedł więc do Loretty Lestrange z cichą nadzieją na zamienienie z nią kilku słów, skoro nadarzyła się taka okazja, dostrzegając tam również dwójkę mężczyzn i małego chłopca. - Dobry wieczór... - Przywitał się uprzejmie, skłoniwszy się lekko do wszystkich obecnych. - Kayden Delacour. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam... - Przedstawił się, a jego uwagę znów pochłonęła kobieta. Domyślał się, że to zapewne nie najlepsza pora, więc postanowił tą rozmowę nieco odciągnąć na dalszy plan, jeśli był tutaj zbędnym kołem u wozu. - Droga pani Lestrange, byłbym zaszczycony, gdybym mógł z panią zamienić później kilka słów... na temat pani sztuki. - Skłonił się znowu z lekkim uśmiechem na bladej twarzy, w zasadzie będąc gotowym do odejścia, by nie być odebrany jako impertynencki.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)