Kayden Delacour zmywał z niego wszystkie doświadczenia tego tygodnia. Wszystko, co złe, co sprawiało, że truchlał na swoich nogach, że nie miał sił iść dalej o własnych siłach. Bo w tym jego mizernym, malutkim życiu było o wiele więcej zła i przemocy, niż chciałby przed kimkolwiek przyznać. Niż chciałby przyznać przed samym sobą. Czuł się teraz szczęśliwy. Czuł się... tak, był szczęśliwy. W zupełnie inny sposób niż w momentach, kiedy zatapiało się w ramionach w czymś fałszywym, nieprawdziwym, co miało być tylko czarem jednej nocy, a potem rozejść się na boki bez smaku, w zapomnieniu. Spotkamy się za kilka dni, ciao bella. Wypatruj mnie o zmroku, bo pożegnasz mnie przed porankiem. Choć przecież tu też musiało być jakieś pożegnanie. Powrót do codzienności, w której pewnie będzie udawanie, że nic się nie wydarzyło, że nic się nie stało. Tylko ty, ja i ciemna noc za nami. Milusia wycieczka, na której do niczego sprośnego nie doszło, bo reputacja była tak ważna do utrzymania. Wszystko to, co teraz nie przemykało przez myśli Laurenta i na razie przemknąć nie miało. Świata teraz nie było. Był tylko zarumieniony Kayden Delacour.
Przesunął swoją dłoń na bark Kaydena, kiedy ten wyszedł mu na spotkanie i odpowiedział swoimi pocałunkami. Jak motyl. Tak, porównanie tego do czegoś tak delikatnego i niewinnego, obdarzonego takim podziwem milionów oczu, zasługiwało na określenie ust bruneta, które sunęły po jego skórze i sprawdzały się w swoim sprytnym, podstępnym czarze. Gdyby to była opowieść o królewnie i jej księciu to Laurent byłby tą królewną, która zasnęła snem wiecznym ze słodyczy tego, co ofiarował sobą Delacour. To było... zakochanie? Tak różne od tego wszystkiego, co dotychczas było doznane i poznane? Inne od tych miłostek, w jakie wpadał Laurent przy dopiero poznanych osobach, które kusiły smakiem. Kayden wabił czymś więcej. Czymś tak pożądanym i upragnionym przez serce Laurenta, że ten mógłby oszaleć na jego punkcie. Pocałunki się jednak zatrzymały.
- Boli. - Blondyn odsunął się o parę milimetrów i uśmiechnął smutno. Ta czułość, ta łagodność, rozlały się po nim i ukoiły to, co naprawdę bolało i rany gorsze niż te cielesne. Nigdy nie chciał uchodzić za słabowite popychadło, ale nie było sensu kłamać, że było inaczej. To bolało bardzo - i bolało nadal. - Mam do ciebie prośbę. Mam nadzieję, że niezbyt dużą. Pomógłbyś mi zmienić opatrunek? - Nie oderwał oczu od jego oczu, bo czuł, że chyba przekracza trochę... progi tej znajomości. Nie chciał też naruszać jego strefy komfortu, Laurent na ten przykład tragicznie znosił widok krwi wszelakiej. - Jak uporam się z bolącym gardłem, obiecuję w ramach rekompensaty, że więcej ci pośpiewam. - Uśmiechnął się wdzięcznie.