08.10.2023, 21:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.10.2023, 21:32 przez Brenna Longbottom.)
– Zawsze sądziłam, że odpoczynek to jakaś wyjątkowa paskudna choroba – rzuciła tylko, dość odruchowo, w swoim stylu, chociaż zwykle przy Borginach unikała tego „swojego stylu”, woląc pozostać na formalniejszej stopie.
Na słowa o „atencyjnym babiarzu”, pomyślała jedno słowo.
„Wiem”.
Bo przecież wiedziała doskonale. Prawdopodobnie nawet lepiej niż Anthony, który na pewno znał swojego przyjaciela dużo lepiej niż ona. Każdy raz, kiedy w ostatnim miesiącu Atreus brał kobietę do łóżka, gdy ją całował albo po prostu działał z postanowieniem doprowadzenia do tego, odbijały się echem w jej głowie i żołądku. Myślała początkowo, że to były spotkania z narzeczoną, okazało się, że nie… ale tak naprawdę nijak nie zmieniało to sytuacji. Był w końcu wolnym człowiekiem. A ona mogła to znieść, skoro sama skazywała go na niemiłe wrażenia innego rodzaju.
Nie skomentowała jednak ani słowem.
– Fakt, do napastujących ludzi, którzy tego sobie nie życzą, nie należę. Nie patrz tak na mnie, nie zabijam posłańców – westchnęła, kiedy uniósł dłonie, jakby spodziewał się, że zaraz go uderzy. Nie miała tak naprawdę problemu z tym, że o niej plotkowano. Ani z tym, co ktoś o niej myślał. Ale w tym wypadku… plotki byłyby podszyte odrobiną prawdy o Beltane, więzi, a Brenna po prostu nie chciała, aby ktokolwiek o tym wszystkim dowiedział się za wiele. Było jej wstyd, że zepsuła czyjś związek, nie radziła sobie z emocjami, które wpychały się jej do głowy, i śmiertelnie bała się, że jej matka albo brat mogliby coś źle zinterpretować i namieszać w życiu Atreusa jeszcze bardziej. A to ona wrzuciła ten cholerny wianek na górę. Chociaż w tej chwili była na niego wściekła bardziej niż na siebie, bo wyglądało na to – w jej oczach przynajmniej – że Bulstrode rozpuścił te pogłoski sam, by zrobić jej na złość. Może zemścić się za ten rytuał.
Uniosła na Borgina znów spojrzenie znad papierów, kiedy spytał, czy go słucha.
Czy słuchała?
Pewnie tak.
Po prostu pewnych rzeczy nie słyszała. Nie tak naprawdę.
Problem z Anthony'm i Brenną polegał na tym, że między nimi od dawna tkwiło widmo Susanne Crawley, kobiety, której imienia Borgin nawet nie znał. I patrząc przez nie Detektyw zawsze dostrzegała zakrzywiony obraz. Tak też miało pozostać, póki uważała, że mężczyzna mógłby zagrozić komuś, kogo kochała. Brenna widziała, że był zmartwiony i było mu głupio, ale wolała zrzucić to na karby troski o przyjaciela niż przejęcia nią.
Tak naprawdę pewnie nie była aż tak straszliwie ślepa z natury (choć bywała i pewnych rzeczy zdecydowanie nie dostrzegała), ale w stosunku do niego od paru lat tę skrajną wręcz ślepotę wybierała sama. Bo nie chciała pewnych rzeczy dostrzec. Bo pewnie byłoby łatwiej, gdyby jej nienawidził, i gdyby ona nienawidziła jego. Przecież przeczuwała, że wybrał swoją drogę – na tej drodze leżało mordowanie niewinnych dzieci, rozrywanie granic światów, wpuszczanie do Kniei morderczych widm i to wszystko, co czynił Voldemort.
Po wszystkim, co stało się w noc Beltane i kolejnego dnia, istniała nawet szansa, że się tej nienawiści nauczy. Już teraz zaczynała w gniewie i nienawiści tonąć, nawet jeżeli na razie kierowała ją ku Voldemortowi i sylwetkom bez imienia i twarzy.
A mimo to, brzmiał jakoś tak, że przez chwilę czuła się winna. Może przez to, że gdy wspomniał o karcie, to brzmiało prawie szczerze – nie to, że faktycznie w to uwierzyła. Ale chyba tylko dlatego nie przepchnęła ku niemu tego pudełka czekoladowych żab, domagając się, by zabrał je z powrotem.
– Rozumiem. Dziękuję za ostrzeżenie – powiedziała więc tylko, tym razem już nie próbując udawać uprzejmego tonu, bo faktycznie powinna być mu wdzięczna za to ostrzeżenie. – Och, ja zawsze na siebie uważam. Miłego dnia – rzuciła jeszcze, nim wyszedł z biura. Dopiero potem z westchnieniem odchyliła się na krześle i na moment zamknęła oczy.
Co za cholerny dzień.
Na słowa o „atencyjnym babiarzu”, pomyślała jedno słowo.
„Wiem”.
Bo przecież wiedziała doskonale. Prawdopodobnie nawet lepiej niż Anthony, który na pewno znał swojego przyjaciela dużo lepiej niż ona. Każdy raz, kiedy w ostatnim miesiącu Atreus brał kobietę do łóżka, gdy ją całował albo po prostu działał z postanowieniem doprowadzenia do tego, odbijały się echem w jej głowie i żołądku. Myślała początkowo, że to były spotkania z narzeczoną, okazało się, że nie… ale tak naprawdę nijak nie zmieniało to sytuacji. Był w końcu wolnym człowiekiem. A ona mogła to znieść, skoro sama skazywała go na niemiłe wrażenia innego rodzaju.
Nie skomentowała jednak ani słowem.
– Fakt, do napastujących ludzi, którzy tego sobie nie życzą, nie należę. Nie patrz tak na mnie, nie zabijam posłańców – westchnęła, kiedy uniósł dłonie, jakby spodziewał się, że zaraz go uderzy. Nie miała tak naprawdę problemu z tym, że o niej plotkowano. Ani z tym, co ktoś o niej myślał. Ale w tym wypadku… plotki byłyby podszyte odrobiną prawdy o Beltane, więzi, a Brenna po prostu nie chciała, aby ktokolwiek o tym wszystkim dowiedział się za wiele. Było jej wstyd, że zepsuła czyjś związek, nie radziła sobie z emocjami, które wpychały się jej do głowy, i śmiertelnie bała się, że jej matka albo brat mogliby coś źle zinterpretować i namieszać w życiu Atreusa jeszcze bardziej. A to ona wrzuciła ten cholerny wianek na górę. Chociaż w tej chwili była na niego wściekła bardziej niż na siebie, bo wyglądało na to – w jej oczach przynajmniej – że Bulstrode rozpuścił te pogłoski sam, by zrobić jej na złość. Może zemścić się za ten rytuał.
Uniosła na Borgina znów spojrzenie znad papierów, kiedy spytał, czy go słucha.
Czy słuchała?
Pewnie tak.
Po prostu pewnych rzeczy nie słyszała. Nie tak naprawdę.
Problem z Anthony'm i Brenną polegał na tym, że między nimi od dawna tkwiło widmo Susanne Crawley, kobiety, której imienia Borgin nawet nie znał. I patrząc przez nie Detektyw zawsze dostrzegała zakrzywiony obraz. Tak też miało pozostać, póki uważała, że mężczyzna mógłby zagrozić komuś, kogo kochała. Brenna widziała, że był zmartwiony i było mu głupio, ale wolała zrzucić to na karby troski o przyjaciela niż przejęcia nią.
Tak naprawdę pewnie nie była aż tak straszliwie ślepa z natury (choć bywała i pewnych rzeczy zdecydowanie nie dostrzegała), ale w stosunku do niego od paru lat tę skrajną wręcz ślepotę wybierała sama. Bo nie chciała pewnych rzeczy dostrzec. Bo pewnie byłoby łatwiej, gdyby jej nienawidził, i gdyby ona nienawidziła jego. Przecież przeczuwała, że wybrał swoją drogę – na tej drodze leżało mordowanie niewinnych dzieci, rozrywanie granic światów, wpuszczanie do Kniei morderczych widm i to wszystko, co czynił Voldemort.
Po wszystkim, co stało się w noc Beltane i kolejnego dnia, istniała nawet szansa, że się tej nienawiści nauczy. Już teraz zaczynała w gniewie i nienawiści tonąć, nawet jeżeli na razie kierowała ją ku Voldemortowi i sylwetkom bez imienia i twarzy.
A mimo to, brzmiał jakoś tak, że przez chwilę czuła się winna. Może przez to, że gdy wspomniał o karcie, to brzmiało prawie szczerze – nie to, że faktycznie w to uwierzyła. Ale chyba tylko dlatego nie przepchnęła ku niemu tego pudełka czekoladowych żab, domagając się, by zabrał je z powrotem.
– Rozumiem. Dziękuję za ostrzeżenie – powiedziała więc tylko, tym razem już nie próbując udawać uprzejmego tonu, bo faktycznie powinna być mu wdzięczna za to ostrzeżenie. – Och, ja zawsze na siebie uważam. Miłego dnia – rzuciła jeszcze, nim wyszedł z biura. Dopiero potem z westchnieniem odchyliła się na krześle i na moment zamknęła oczy.
Co za cholerny dzień.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.