09.10.2023, 17:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2023, 20:03 przez Alanna Carrow.)
Gospodarze wydawali się sympatyczni, przez co coraz bardziej miała ochotę po prostu stąd wyjść – nawet i trzaskając drzwiami – oraz się stąd wynieść. A potem nawiać daleko stąd, bardzo, bardzo daleko stąd, żeby nie zostać dopadniętą przez Voldemorta. Czarnego Pana, jak musiała go nazywać, żeby nie wzbudzić przypadkiem żadnych podejrzeń.
Na wszystkich bogów, istniejących czy nie – naprawdę, czy będzie w ogóle w stanie spojrzeć w oczy Vivianne? Czy da radę rzucić na nią zaklęcie, którego skutki, najlepiej, miał ujrzeć cały czarodziejski świat, dobitnie tm samym pokazując, czym grozi wchodzenie w mugolski świat?
Właściwie, to nawet nie była do końca pewna, jakim cudem była w stanie zachować teraz taki nieziemski wręcz spokój, jakby to był kolejny dzień z życia. Jakby naprawdę była tu tylko po co, żeby się pozachwycać mugolskimi urządzeniami, zapoznać się z nimi bliżej, wymienić się spostrzeżeniami z innymi, zgromadzonymi tu osobami.
Wyglądało na to, że niemalże całe życie pełne kłamstw procentowało w tej właśnie chwili. Cóż. Nie, żeby była z tego dumna, bo wcale a wcale tak nie było.
- Skuteczniej niż skrzaty? – „zdumiała się” na użytek otoczenia. I również na użytek otoczenia dzierżyła w dłoni notes, w którym czyniła notatki na temat tych wszystkich ustrojstw, jakie przyszło im oglądać. No wiecie, pamięć bywa zawodna, a jak się coś zapisze, to nie ma mowy, żeby umknęło…
Wyłapała moment, w którym Vivianne się wycofała. Do tego grupa się rozproszyła, zatem… teraz albo nigdy? Żołądek boleśnie zacisnął się w supeł. Teraz albo nigdy, lepszej okazji mieć chyba nie będzie. Tak że niby to przypadkiem zatrzymała się na dłużej przy jednym z eksponatów, na tyle długo, żeby to podpadało pod „patrzcie, to taki wspaniały przedmiot, musiałam go nawet naszkicować do publikacji!”. W istocie, nie omieszkała sporządzić szkicu… wszak pozory musiała utrzymywać, nieprawdaż? Każdy detal się liczył.
Wymknęła się, w ślad za panią Harris. A że nie zrobiła tego od razu – ciśnięcie czaru ot tak, prosto w plecy, w drodze do kuchni, nieszczególnie wchodziło w grę. Zatem powędrowała dalej, znów – zatrzymała się na krótką chwilę, zwłaszcza przy tych bardziej „morderczych” urządzeniach, porównując je z tymi, które zapamiętała z wizyty w sklepie. Hm, chyba się nadadzą, chyba że zdąży w ostatniej chwili wpaść na jakiś inny pomysł… w co wątpiła. Upewniła się, że może swobodnie wyjąć różdżkę, po czym przeszła dalej, do kuchni, przywołując na twarz nieco zakłopotany uśmiech.
- Och, najmocniej przepraszam, myślałam, że idę za pozostałymi, a najwyraźniej pomyliłam kierunki... – przepraszała. Najmocniej przepraszała i była w tym prawda, bo przecież miała jej zaraz zrobić krzywdę. Jej i jej mężowi. Ale słowa były słowami miały stworzyć inny obraz sytuacji… - To ja spróbuję znaleźć drogę z powrotem… chyba że pani pomóc? – nie omieszkała spytać; wprawdzie była tu gościem, ale jak gość sam się oferował, no to… I czekała.
Czekała na moment, w którym Vivianne odwróci się do niej plecami – czy to po to, by sięgnąć do szafki, czy to po to, żeby zająć się dalszym przygotowywaniem, zgodziwszy się wcześniej z tym, że tak, Carrow (a raczej Fletchley, jak w fałszywych papierach stało) wróci do pozostałych. Moment – żeby machnąć różdżką, namieszać w głowie, zaszczepić myśl, że gdy przejdzie do dużego pokoju, że gdy będzie mąż i świadkowie, to musi postąpić w dość konkretny sposób…
Odkryj wiadomość pozafabularną
Na wszystkich bogów, istniejących czy nie – naprawdę, czy będzie w ogóle w stanie spojrzeć w oczy Vivianne? Czy da radę rzucić na nią zaklęcie, którego skutki, najlepiej, miał ujrzeć cały czarodziejski świat, dobitnie tm samym pokazując, czym grozi wchodzenie w mugolski świat?
Właściwie, to nawet nie była do końca pewna, jakim cudem była w stanie zachować teraz taki nieziemski wręcz spokój, jakby to był kolejny dzień z życia. Jakby naprawdę była tu tylko po co, żeby się pozachwycać mugolskimi urządzeniami, zapoznać się z nimi bliżej, wymienić się spostrzeżeniami z innymi, zgromadzonymi tu osobami.
Wyglądało na to, że niemalże całe życie pełne kłamstw procentowało w tej właśnie chwili. Cóż. Nie, żeby była z tego dumna, bo wcale a wcale tak nie było.
- Skuteczniej niż skrzaty? – „zdumiała się” na użytek otoczenia. I również na użytek otoczenia dzierżyła w dłoni notes, w którym czyniła notatki na temat tych wszystkich ustrojstw, jakie przyszło im oglądać. No wiecie, pamięć bywa zawodna, a jak się coś zapisze, to nie ma mowy, żeby umknęło…
Wyłapała moment, w którym Vivianne się wycofała. Do tego grupa się rozproszyła, zatem… teraz albo nigdy? Żołądek boleśnie zacisnął się w supeł. Teraz albo nigdy, lepszej okazji mieć chyba nie będzie. Tak że niby to przypadkiem zatrzymała się na dłużej przy jednym z eksponatów, na tyle długo, żeby to podpadało pod „patrzcie, to taki wspaniały przedmiot, musiałam go nawet naszkicować do publikacji!”. W istocie, nie omieszkała sporządzić szkicu… wszak pozory musiała utrzymywać, nieprawdaż? Każdy detal się liczył.
Wymknęła się, w ślad za panią Harris. A że nie zrobiła tego od razu – ciśnięcie czaru ot tak, prosto w plecy, w drodze do kuchni, nieszczególnie wchodziło w grę. Zatem powędrowała dalej, znów – zatrzymała się na krótką chwilę, zwłaszcza przy tych bardziej „morderczych” urządzeniach, porównując je z tymi, które zapamiętała z wizyty w sklepie. Hm, chyba się nadadzą, chyba że zdąży w ostatniej chwili wpaść na jakiś inny pomysł… w co wątpiła. Upewniła się, że może swobodnie wyjąć różdżkę, po czym przeszła dalej, do kuchni, przywołując na twarz nieco zakłopotany uśmiech.
- Och, najmocniej przepraszam, myślałam, że idę za pozostałymi, a najwyraźniej pomyliłam kierunki... – przepraszała. Najmocniej przepraszała i była w tym prawda, bo przecież miała jej zaraz zrobić krzywdę. Jej i jej mężowi. Ale słowa były słowami miały stworzyć inny obraz sytuacji… - To ja spróbuję znaleźć drogę z powrotem… chyba że pani pomóc? – nie omieszkała spytać; wprawdzie była tu gościem, ale jak gość sam się oferował, no to… I czekała.
Czekała na moment, w którym Vivianne odwróci się do niej plecami – czy to po to, by sięgnąć do szafki, czy to po to, żeby zająć się dalszym przygotowywaniem, zgodziwszy się wcześniej z tym, że tak, Carrow (a raczej Fletchley, jak w fałszywych papierach stało) wróci do pozostałych. Moment – żeby machnąć różdżką, namieszać w głowie, zaszczepić myśl, że gdy przejdzie do dużego pokoju, że gdy będzie mąż i świadkowie, to musi postąpić w dość konkretny sposób…
Zauroczenie
Rzut PO 1d100 - 10
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut PO 1d100 - 38
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut PO 1d100 - 64
Sukces!
Sukces!