Czasami wydawało mu się, że zdolność powiedzenia tego, co druga strona chce usłyszeć było jedną z jego niewielu jego zalet. Czymś na tyle mocnym, co rzeczywiście mógł zaoferować światu, mógł to zaoferować innym ludziom. Mógł to również zaoferować ojcu, żeby połechtać jego ego, które i tak ten zamek nie mieścił. Rzeczywiście, tego tylko mu brakowało, żeby zaczął siebie nazywać Bogiem. Bo o pobożność akurat jego nie podejrzewał, nigdy nie przejawiał w każdym razie jakichś gestów w kierunku jakiegokolwiek z wierzeń. Nieciężko było tutaj też zaobserwować, że spodobało mu się to, co usłyszał. Nie wymagało to więcej komentarza, bo w końcu od strony Laurenta to było ledwo złapanie jednego słówka, by potraktować go jak szklankę i zmieszać w niej miód z mlekiem.
- Jestem tylko hodowcą abraksanów i posiadaczem rezerwatu. Spotkania z Minister Magii nie zawierają się w konieczności mojego funkcjonowania. - Co ten Edward knuł? O co chodziło z tą... z tym gestem, że zaprosił go do swojego fotela, a teraz jakby... zmieniał perspektywy? Czy może starał się mu wyperswadować, że to, co robił, robił tylko i wyłącznie dla niego i dla jego dobra? Może wszystko na raz? A może to nie miało żadnego głębszego znaczenia i mężczyzna chciał po prostu spędzić czas z synem? Jeśli tak, to wybrał sobie bardzo specyficzny temat i jeszcze bardziej specyficzny sposób. Jak dotąd chodzili na przejażdżki, czy, jak to Edward czasami mówił, "odchamiali się" w kabaretach czy teatrach, albo gdziekolwiek indziej, zażywając kultury. I widoku smukłych, damskich nóg. Nie zamierzał na pewno mówić tego, że dziecko w metaforze było akurat Edwardem głównie dlatego, żeby go nie denerwować. Głównie, bo nie tylko. Kim on w zasadzie był, żeby kwestionować jego wolę? Szanował go przede wszystkim - jego doświadczenie i to, co utrzymywał w swoich rękach. - Ale jesteś mi coś winien, więc mam nadzieję, że ją poznam w dogodnym dla mnie czasie. - Tu już się uśmiechnął z zadowoleniem, bo on dobrze pamiętał, że to, co było tutaj 12 czerwca było transakcją wiązaną.
Laurent skupił spojrzenie, kiedy zaczął się temat jego zdaniem niebezpieczny. Czy znasz aurorów... Innymi słowy - czy były tam dojścia? Nie podobało mu się wcale, gdzie to skręciło. Może to o to chodziło od początku? Żeby się przestał pilnować, rozluźnił, żeby sprowadzić temat do tego, czy Edward mógłby w końcu wcisnąć swoje wpływy do działu Harper Moody? W przypadku własnego ojca nie do końca potrafił wierzyć w przypadki, choć nie raz i nie dwa go zaskakiwał zwyczajną troską i ojcowską miłością. Niedocenianie tego człowieka było jednak jednym z największych błędów, jakie można było popełnić w życiu. Czasami nawet ostatnim błędem.
- Owszem, mam. - Zaczął ostrożnie, zastanawiając się bardzo uważnie, czy kontynuować. - Atreus jest przecież aurorem. Poza tym moja przyjaciółka bliska tam pracuje. I nie, nie tego rodzaju przyjaciółka. Takie relacje już nas nie łączą. - Dodał od razu, bo znał swój tok rozumowania, znał tok rozumowania Edzia, Edzio wiedział, że on wie, on że... rozumiecie, o co chodzi. Znali siebie wzajem i nie było co się tutaj czarować, że kiedy padało słowo PRZYJACIÓŁKA to od razu było "aha, aha, spałeś z nią tylko raz?". W każdym razie ich myśli bardzo gładko zbaczały na jeden temat. Nie chciał tutaj niedomówień. - Victoria Lestrange. O niej słyszałeś na pewno. Jest jedną z Zimnych, ofiara ognisk Beltane. - doprecyzował, bo może od razu nie zaskoczy mu imię i nazwisko, ale Zimnych było paru, niewielu W tym zresztą Atreus. Prychnął śmiechem, patrząc z miłością na ojca, który stanął do niego przodem, przystojny i w każdym wieku robiący tak samo fenomenalne wrażenie. - Przestań, kogo ty chcesz oszukać... Twój umysł jest ostry jak brzytwa, a srebro włosów tylko dodaje ci powagi. Jestem pewien, że znajdujesz na nie mnóstwo wielbicielek, inaczej dawno wróciłbyś do dawnego koloru. - W końcu w świecie czarodziei to nie był problem, żeby sięgać po zmiany kolory włosów, choć zabieg na pewno należałoby powtarzać i byłby sporo płatny. Na biednego jednak nie trafiło. - Co ty... - Przerwał samemu sobie śmiechem, robiąc duże oczy, kiedy ojciec nagle ni stąd ni zowąd podskoczył. - I gdzie ta starość? Tak wygląda dla ciebie prostowanie kości? - No nie... ten człowiek był po prostu niemożliwy! Pokręcił głową, niedowierzając temu, co zobaczył. I to Edward zazdrościł wigoru Laurentowi? Laurent zazdrościł tej ilości energii, jaką w sobie mieścił Edward! Prewettowie jeszcze zobaczą, że Edward będzie jak Elżbieta II. On po prostu przyrośnie do tego tronu i żadne licho go nie zabierze!
-