09.10.2023, 00:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2023, 16:46 przez Eden Lestrange.)
Gdyby ktoś jej powiedział z miesiąc, może dwa temu, że pewnego dnia z własnej woli pójdzie na piknik pełen mugoli, gdzie nad głowami będzie im przyświecało nie tylko słońce, ale i księżyc, powiedziałaby jedno: Dolohov, przestań, kurwa, ćpać.
Na dobrą sprawę tylko on mógł przewidzieć takie następstwo tego, co łączyło ją z Moodym, bo w najśmielszych snach nie posądzałaby się o posunięcie się dla tego gościa tak daleko. Traciła głowę? Prawdopodobnie. Ostatnie miesiące były szaloną przejażdżką kolejką górską i chociaż na początku robiła wszystko, żeby wysiąść, tak w pewnym momencie chyba zaakceptowała swój los i przestała się wyrywać. Ba, nawet chyba zaczęła to lubić.
I pewnie wielu powiedziałoby: Eden, nie dramatyzuj, to są tylko mugole. No dobrze, może nie gryźli, ale ona nie nawykła do takiego towarzystwa, toteż naprawdę czuła się, jakby ktoś zapomniał pozamykać klatki w lokalnym zoo i wszystkie zwierzęta zbiegły się do Doliny oglądać fenomen astronomiczny. O nim samym też nie wiedziała, co sądzić, i prawdopodobnie ignorowałaby go skrzętnie, gdyby nie zaproszenie na piknik. Ostatnimi czasami generalnie wiedziała tyle, że nic nie wiedziała, co z jednej strony stawiało ją na równi z greckimi filozofami, ale z drugiej fatalnie robiło jej reputacji osoby, co pozjadała wszystkie rozumy.
- Alek, wiesz co - zaczęła nagle, kiedy już oczyma byli w stanie objąć ludzi zebranych na pikniku, ale jeszcze byli zbyt daleko, by być przez kogokolwiek zasłyszanym. - Obawiam się, że jeśli nie przestaniesz zapraszać mnie na zgromadzenia, do których pasuję jak garboróg do karety, to ludzie zaczną się orientować, że nas łączy coś więcej, niż tylko stara przyjaźń - oświadczyła zbolałym tonem, odwracając się na moment w kierunku Alastora, kiedy już oceniła sytuację malującą się przed nimi i stwierdziła, że niepotrzebnie przyszła tu na trzeźwo. Dopiero po kilku mrugnięciach, kiedy dotarło do niej, w jakim tonie to wszystko powiedziała, poczuła potrzebę się zreflektować. - Żeby nie było, że się ciebie wstydzę. Po prostu nie lubię, jak o mnie wypisują dyrdymały w Czarownicy. - Położyła dłoń na jego ramieniu, choć tak naprawdę po prostu chciała złapać go za rękę, ale ta głupia przyzwoitość, może nawet lęk przed prawdą wychodzącą na jaw, powstrzymały ją od czułego gestu. Westchnęła ciężko, czując, że pewnie zaraz się pokłócą, bo przecież ostatnim razem też przez szlamy im się wszystko posypało. No, głównie to przez jej niewyparzony język, ale o mugoli się rozeszło. Poniekąd też dlatego zgodziła się tu przyjść - desperacko chciała mu udowodnić, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Nawet jeśli to obłuda.
Wtedy na karku poczuła zbliżające się niebezpieczeństwo; nie umiała opisać, skąd nagłe poczucie zagrożenia, ale im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej pewna była, że to nie jest jedynie złudzenie. Dosłownie spięła się cała, po czym odwróciła głowę przez ramię i zobaczyła biegnącego w ich stronę Botta. Oczy miał utkwione w swoim ukochanym oczywiście, ona była dla niego tutaj tylko tłem. Eden wzniosła spojrzenie ku niebu.
- Coś mi się właśnie zdawało, że czuję w powietrzu zapach magicznej fasolki o smaku piątego koła u wozu - mruknęła pod nosem, po czym założyła ręce na piersi. Powinna była zostać w domu.
Na dobrą sprawę tylko on mógł przewidzieć takie następstwo tego, co łączyło ją z Moodym, bo w najśmielszych snach nie posądzałaby się o posunięcie się dla tego gościa tak daleko. Traciła głowę? Prawdopodobnie. Ostatnie miesiące były szaloną przejażdżką kolejką górską i chociaż na początku robiła wszystko, żeby wysiąść, tak w pewnym momencie chyba zaakceptowała swój los i przestała się wyrywać. Ba, nawet chyba zaczęła to lubić.
I pewnie wielu powiedziałoby: Eden, nie dramatyzuj, to są tylko mugole. No dobrze, może nie gryźli, ale ona nie nawykła do takiego towarzystwa, toteż naprawdę czuła się, jakby ktoś zapomniał pozamykać klatki w lokalnym zoo i wszystkie zwierzęta zbiegły się do Doliny oglądać fenomen astronomiczny. O nim samym też nie wiedziała, co sądzić, i prawdopodobnie ignorowałaby go skrzętnie, gdyby nie zaproszenie na piknik. Ostatnimi czasami generalnie wiedziała tyle, że nic nie wiedziała, co z jednej strony stawiało ją na równi z greckimi filozofami, ale z drugiej fatalnie robiło jej reputacji osoby, co pozjadała wszystkie rozumy.
- Alek, wiesz co - zaczęła nagle, kiedy już oczyma byli w stanie objąć ludzi zebranych na pikniku, ale jeszcze byli zbyt daleko, by być przez kogokolwiek zasłyszanym. - Obawiam się, że jeśli nie przestaniesz zapraszać mnie na zgromadzenia, do których pasuję jak garboróg do karety, to ludzie zaczną się orientować, że nas łączy coś więcej, niż tylko stara przyjaźń - oświadczyła zbolałym tonem, odwracając się na moment w kierunku Alastora, kiedy już oceniła sytuację malującą się przed nimi i stwierdziła, że niepotrzebnie przyszła tu na trzeźwo. Dopiero po kilku mrugnięciach, kiedy dotarło do niej, w jakim tonie to wszystko powiedziała, poczuła potrzebę się zreflektować. - Żeby nie było, że się ciebie wstydzę. Po prostu nie lubię, jak o mnie wypisują dyrdymały w Czarownicy. - Położyła dłoń na jego ramieniu, choć tak naprawdę po prostu chciała złapać go za rękę, ale ta głupia przyzwoitość, może nawet lęk przed prawdą wychodzącą na jaw, powstrzymały ją od czułego gestu. Westchnęła ciężko, czując, że pewnie zaraz się pokłócą, bo przecież ostatnim razem też przez szlamy im się wszystko posypało. No, głównie to przez jej niewyparzony język, ale o mugoli się rozeszło. Poniekąd też dlatego zgodziła się tu przyjść - desperacko chciała mu udowodnić, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Nawet jeśli to obłuda.
Wtedy na karku poczuła zbliżające się niebezpieczeństwo; nie umiała opisać, skąd nagłe poczucie zagrożenia, ale im dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej pewna była, że to nie jest jedynie złudzenie. Dosłownie spięła się cała, po czym odwróciła głowę przez ramię i zobaczyła biegnącego w ich stronę Botta. Oczy miał utkwione w swoim ukochanym oczywiście, ona była dla niego tutaj tylko tłem. Eden wzniosła spojrzenie ku niebu.
- Coś mi się właśnie zdawało, że czuję w powietrzu zapach magicznej fasolki o smaku piątego koła u wozu - mruknęła pod nosem, po czym założyła ręce na piersi. Powinna była zostać w domu.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~