09.10.2023, 01:31 ✶
Patrickowi też było przykro, że musiał na to patrzeć.
Tylko jego przykro było czymś zupełnie innym, niż przykro Florence. Jego było bardziej dziecinne, buntownicze – ciągle nie chciał się pogodzić, że jego rodzice byli jacy byli, że dziadek miał rację. Jakaś część Stewarda, po prostu, chciała wierzyć, że byli jak mówiła babcia: dobrzy, kochający, przypadkiem zaplątani w coś strasznego, co kosztowało ich utratę życia.
Zamknął oczy. Trochę rozkoszując się tym, że Florence była obok niego: tak żywa i tak normalna; że nie uciekła chociaż sam chyba by uciekł (a na pewno uciekł by przynajmniej na fotel by w spokoju przemyśleć wszystko.
- Nie znam się na nekromancji – przypomniał bezradnie. – Niewiele wiem o tym, jak działa limbo, ale zakładam, że… że pewnie masz rację. Ty lub kapłanki, z którymi rozmawiał Atreus – dodał na wszelki wypadek, gdyby Florence zechciała przypomnieć mu o tym szczególe. – Jeśli trafiają tam dusze umarłych, to pewnie całe to miejsce powoli je wysysa by w ostatecznym rozrachunku nie obawiały się wkroczyć do niebieskiego ognia – i przestać istnieć samodzielnie. – Myśmy nie wkroczyli do ognia. I nie byliśmy tam na tyle długo, by umrzeć. – Albo Atreus nie był, ale on, Victoria i Mavelle byli, więc bliscy im zmarli (jak bardzo nie zżymałby się na to określenie, ojciec był jednak mu bliski) pośpieszyli im z pomocą? I próbowali, może nawet nieświadomie, własnymi wspomnieniami załatać dziury?
Kolejne pytanie Florence sprawiło, że Patrick zamarł. Otworzył oczy a jego spojrzenie zrobiło się dużo czujniejsze. Utkwił w kobiecie wzrok, zastanawiając się jak właściwie powinien odpowiedzieć.
Bo z jednej strony była mądra, odważna, bystra i dzielna. Ale z drugiej strony, wszystko w nim buntowało się na myśl o tym, że miałby ją mieszać w walkę, w którą absolutnie nie musiałaby zostać zamieszana. Była czystokrwista. Voldemort nie będzie czyhał na jej życie tak długo, jak długo nie dostrzeże w niej zagrożenia. A teraz Patrick miałby sam wtrącić ją w ramiona niebezpieczeństwa?
Ale jakby na złość samemu sobie, nie zaprzeczył.
Bo z trzeciej strony, z tej z której nie chciał patrzeć – Florence była dorosłą kobietą i miała prawo samodzielnie podejmować decyzje. A on był jednym z najważniejszych członków Zakonu Feniksa i pragmatycznie doceniłby po ich stronie uzdrowiciela. Westchnął.
- Tak – przyznał się wreszcie. – To znaczy, w tej chwili nie, ale może zdarzyć się tak, że potrzebowałbym pomocy zaufanej uzdrowicielki. Nawet nie dla mnie, ale dla kogoś innego – opisał cicho. Tylko, że to mogło być niebezpieczne i jeśli przeważajacym argumentem Florence miałaby być chęć spłaty długu to... to Zakon Feniksa niewiele by się w takim rozrachunku różnił od Śmierciożerców.
Tylko jego przykro było czymś zupełnie innym, niż przykro Florence. Jego było bardziej dziecinne, buntownicze – ciągle nie chciał się pogodzić, że jego rodzice byli jacy byli, że dziadek miał rację. Jakaś część Stewarda, po prostu, chciała wierzyć, że byli jak mówiła babcia: dobrzy, kochający, przypadkiem zaplątani w coś strasznego, co kosztowało ich utratę życia.
Zamknął oczy. Trochę rozkoszując się tym, że Florence była obok niego: tak żywa i tak normalna; że nie uciekła chociaż sam chyba by uciekł (a na pewno uciekł by przynajmniej na fotel by w spokoju przemyśleć wszystko.
- Nie znam się na nekromancji – przypomniał bezradnie. – Niewiele wiem o tym, jak działa limbo, ale zakładam, że… że pewnie masz rację. Ty lub kapłanki, z którymi rozmawiał Atreus – dodał na wszelki wypadek, gdyby Florence zechciała przypomnieć mu o tym szczególe. – Jeśli trafiają tam dusze umarłych, to pewnie całe to miejsce powoli je wysysa by w ostatecznym rozrachunku nie obawiały się wkroczyć do niebieskiego ognia – i przestać istnieć samodzielnie. – Myśmy nie wkroczyli do ognia. I nie byliśmy tam na tyle długo, by umrzeć. – Albo Atreus nie był, ale on, Victoria i Mavelle byli, więc bliscy im zmarli (jak bardzo nie zżymałby się na to określenie, ojciec był jednak mu bliski) pośpieszyli im z pomocą? I próbowali, może nawet nieświadomie, własnymi wspomnieniami załatać dziury?
Kolejne pytanie Florence sprawiło, że Patrick zamarł. Otworzył oczy a jego spojrzenie zrobiło się dużo czujniejsze. Utkwił w kobiecie wzrok, zastanawiając się jak właściwie powinien odpowiedzieć.
Bo z jednej strony była mądra, odważna, bystra i dzielna. Ale z drugiej strony, wszystko w nim buntowało się na myśl o tym, że miałby ją mieszać w walkę, w którą absolutnie nie musiałaby zostać zamieszana. Była czystokrwista. Voldemort nie będzie czyhał na jej życie tak długo, jak długo nie dostrzeże w niej zagrożenia. A teraz Patrick miałby sam wtrącić ją w ramiona niebezpieczeństwa?
Ale jakby na złość samemu sobie, nie zaprzeczył.
Bo z trzeciej strony, z tej z której nie chciał patrzeć – Florence była dorosłą kobietą i miała prawo samodzielnie podejmować decyzje. A on był jednym z najważniejszych członków Zakonu Feniksa i pragmatycznie doceniłby po ich stronie uzdrowiciela. Westchnął.
- Tak – przyznał się wreszcie. – To znaczy, w tej chwili nie, ale może zdarzyć się tak, że potrzebowałbym pomocy zaufanej uzdrowicielki. Nawet nie dla mnie, ale dla kogoś innego – opisał cicho. Tylko, że to mogło być niebezpieczne i jeśli przeważajacym argumentem Florence miałaby być chęć spłaty długu to... to Zakon Feniksa niewiele by się w takim rozrachunku różnił od Śmierciożerców.