09.10.2023, 02:40 ✶
Patrick tylko kiwnął głową na słowa Brenny. Nie dociekał skąd wiedziała, że Derwin Longbottom zmarł zanim dopadły go bezkształtne widma. Znał ją na tyle dobrze by wiedzieć, że zrobiła wszystko co tylko było w jej mocy, by dowiedzieć się wszystkiego o śmierci wuja, o tym kto go zamordował i jak się to wszystko potoczyło. Nie musiał znać wszystkich źródeł jej informacji – choć tutaj, gdyby miał się zastanowić, pewnie strzelałby, że w grę wchodził jej dar widmowidzenia.
- Więc tym bardziej potwierdza to moją teorię – zauważył, a potem, jakby zdając sobie sprawę, że teoria to było jednak słowo mocno na wyrost, biorąc pod uwagę, że właściwie wypowiedział w całej sprawie raptem jedno zdanie, dodał – Tę o tym, że te istoty potrafią żerować na martwych przedmiotach.
Pewnie źle wypadał na tle reszty – ale po Beltane, Patrick, przede wszystkim, próbował poukładać się sam ze sobą. Sporo malował, głównie sięgający niemal całej ściany obraz, dużo myślał, trochę spędzał czas z dziadkami a trochę po prostu – siedział w samotności na fotelu i patrzył tępo w parujący w jego rękach kubek z herbatą. Wybrał też trochę zaległego urlopu i tak jakoś… tak jakoś sporo spraw z Biura Aurorów po prostu mu umknęło. Tak jak ta z błototyjem. Gdyby miał naprawdę bliskiego kolegę, chętniej zrobiłby maraton po angielskich pubach niż usiadłby za biurkiem w pracy, ale z uwagi na to, że wszyscy jego bardzo bliscy koledzy chwilowo nie mogli rzucić wszystkiego i ruszyć z nim w alkoholową podróż życia (gdzie to oni musieliby się upijać a on mógłby szkicować) to polował na wampirzycę z Brenną a teraz zastanawiał się nad sposobem na odesłanie pewnego upierdliwego ducha z powrotem w zaświaty.
- No to trzeba chyba napisać do autorki zdjęć – zauważył w końcu. – Jak rozumiem artykuł był przed waszym zgłoszeniem mugola i sprawą z błotoryjami? – dopytał. – No i jeszcze można sprawdzić jak to wygląda na tle całej kniei. Gdzie byłyście wy, gdzie była tamta, gdzie może był ktoś jeszcze – wyliczył. – To może pokazać, czy te… widma, poruszają się w jakimś konkretnym kierunku, czy też jest ich więcej i są rozproszone…
Patrick niemal się uśmiechnął. Reakcja Victorii była żywa i… normalna. Tak normalna, że przez moment sam zaczął się zastanawiać, dlaczego wizja istot, które potrafią robić takie rzeczy w ogóle go nie zszokowała. Czy naprawdę jego własne problemy na tyle przysłoniły mu świat?
- Zakładam po prostu, że to co robiły w chacie Mildred, to nie była żadna zabawa w ludzi, ale żerowanie – opisał. – Skoro uciekają przed nimi zwierzęta to mogą żerować nie tylko na ludziach, ale i na zwierzętach. Pomijają tylko rośliny, choć nie wiem jak te zareagowałyby na długotrwałe przebywanie w ich towarzystwie.
Uniósł rękę i dotknął nią nasady nosa. Nie chciał się wypowiadać o działaniach i braku działań Ministerstwa Magii. Już Beltane udowodniło, że przynajmniej część decyzyjnych osób musiała mocno bagatelizować zagrożenie ze strony Voldemorta i jego popleczników. Patrick wątpił, by nagle ot tak zaczęli pracować jak trzeba, bo w Kniei Godryka pojawiły się podejrzane stworzenia. Pewnie wyślą tam kogoś, by zneutralizował zagrożenie, ale… ale tylko tyle.
Dopiero po kilku sekundach dotarło do Stewarda, że Laurent mówił o Voldemorcie. A właściwie wyrażał sprzeciw wobec jego działań.
Ciekawe i pokrzepiające, pomyślał.
- Bądź co bądź, ale jakieś zebranie wszystkich informacji w jedno, to dobry pomysł – zauważył. Dobry na wielu, różnych polach. – Jeśli rzeczywiście chciałbyś się podjąć walki, lepiej byś szedł walczyć uzbrojony po zęby w odpowiednią amunicję. A tu wiedza może być amunicją - wyjaśnił. - Zastanawiam się jeszcze nad jednym... jak często one muszą żerować? Zakładam, że przebywając w Kniei, przynajmniej przez pewien czas, miały dostęp do zwierząt. Kiedy te uciekły, ruszyły w stronę zabudowań ludzkich. Tak dotarły do chaty Mildred. A gdyby pozbawić je pożywienia? Zamknąć gdzieś, gdzie nie będą stanowiły zagrożenia? Ciekawe czy w ogóle dałoby się coś takiego zrobić. - Albo odłowić i odesłać do kuzynów, do Azkabanu?
Nie odpowiedział na słowa Michaela, zbyt mocno skupiony na kwestii Patronusów. Czy naprawdę były aż tak skuteczne? Czy też jedynie odpędzały widma na chwilę?
- Więc tym bardziej potwierdza to moją teorię – zauważył, a potem, jakby zdając sobie sprawę, że teoria to było jednak słowo mocno na wyrost, biorąc pod uwagę, że właściwie wypowiedział w całej sprawie raptem jedno zdanie, dodał – Tę o tym, że te istoty potrafią żerować na martwych przedmiotach.
Pewnie źle wypadał na tle reszty – ale po Beltane, Patrick, przede wszystkim, próbował poukładać się sam ze sobą. Sporo malował, głównie sięgający niemal całej ściany obraz, dużo myślał, trochę spędzał czas z dziadkami a trochę po prostu – siedział w samotności na fotelu i patrzył tępo w parujący w jego rękach kubek z herbatą. Wybrał też trochę zaległego urlopu i tak jakoś… tak jakoś sporo spraw z Biura Aurorów po prostu mu umknęło. Tak jak ta z błototyjem. Gdyby miał naprawdę bliskiego kolegę, chętniej zrobiłby maraton po angielskich pubach niż usiadłby za biurkiem w pracy, ale z uwagi na to, że wszyscy jego bardzo bliscy koledzy chwilowo nie mogli rzucić wszystkiego i ruszyć z nim w alkoholową podróż życia (gdzie to oni musieliby się upijać a on mógłby szkicować) to polował na wampirzycę z Brenną a teraz zastanawiał się nad sposobem na odesłanie pewnego upierdliwego ducha z powrotem w zaświaty.
- No to trzeba chyba napisać do autorki zdjęć – zauważył w końcu. – Jak rozumiem artykuł był przed waszym zgłoszeniem mugola i sprawą z błotoryjami? – dopytał. – No i jeszcze można sprawdzić jak to wygląda na tle całej kniei. Gdzie byłyście wy, gdzie była tamta, gdzie może był ktoś jeszcze – wyliczył. – To może pokazać, czy te… widma, poruszają się w jakimś konkretnym kierunku, czy też jest ich więcej i są rozproszone…
Patrick niemal się uśmiechnął. Reakcja Victorii była żywa i… normalna. Tak normalna, że przez moment sam zaczął się zastanawiać, dlaczego wizja istot, które potrafią robić takie rzeczy w ogóle go nie zszokowała. Czy naprawdę jego własne problemy na tyle przysłoniły mu świat?
- Zakładam po prostu, że to co robiły w chacie Mildred, to nie była żadna zabawa w ludzi, ale żerowanie – opisał. – Skoro uciekają przed nimi zwierzęta to mogą żerować nie tylko na ludziach, ale i na zwierzętach. Pomijają tylko rośliny, choć nie wiem jak te zareagowałyby na długotrwałe przebywanie w ich towarzystwie.
Uniósł rękę i dotknął nią nasady nosa. Nie chciał się wypowiadać o działaniach i braku działań Ministerstwa Magii. Już Beltane udowodniło, że przynajmniej część decyzyjnych osób musiała mocno bagatelizować zagrożenie ze strony Voldemorta i jego popleczników. Patrick wątpił, by nagle ot tak zaczęli pracować jak trzeba, bo w Kniei Godryka pojawiły się podejrzane stworzenia. Pewnie wyślą tam kogoś, by zneutralizował zagrożenie, ale… ale tylko tyle.
Dopiero po kilku sekundach dotarło do Stewarda, że Laurent mówił o Voldemorcie. A właściwie wyrażał sprzeciw wobec jego działań.
Ciekawe i pokrzepiające, pomyślał.
- Bądź co bądź, ale jakieś zebranie wszystkich informacji w jedno, to dobry pomysł – zauważył. Dobry na wielu, różnych polach. – Jeśli rzeczywiście chciałbyś się podjąć walki, lepiej byś szedł walczyć uzbrojony po zęby w odpowiednią amunicję. A tu wiedza może być amunicją - wyjaśnił. - Zastanawiam się jeszcze nad jednym... jak często one muszą żerować? Zakładam, że przebywając w Kniei, przynajmniej przez pewien czas, miały dostęp do zwierząt. Kiedy te uciekły, ruszyły w stronę zabudowań ludzkich. Tak dotarły do chaty Mildred. A gdyby pozbawić je pożywienia? Zamknąć gdzieś, gdzie nie będą stanowiły zagrożenia? Ciekawe czy w ogóle dałoby się coś takiego zrobić. - Albo odłowić i odesłać do kuzynów, do Azkabanu?
Nie odpowiedział na słowa Michaela, zbyt mocno skupiony na kwestii Patronusów. Czy naprawdę były aż tak skuteczne? Czy też jedynie odpędzały widma na chwilę?