Alice już nie dostrzegła tego, że Erik się zarumienił. Nigdy nie zwracała na takie rzeczy uwagi, a w jej oczach Longbottomowie byli naprawdę potężnymi czarownikami. Jej ojciec siedział głównie z roślinami, raz czy dwa przyłapała go jak prowadził z nimi pełne konwersacje, a jej mama zaczytuje się w komediodramatach, scenariuszach wojennych i innych podobnych historiach, aby szukać coraz to nowszych inspiracji do odgrywania postaci na scenach. Nie walczą, nie robią nic dla społeczeństwa, co by się wyróżniało. Jej mama zabawia znudzonych miłośników sztuki, a jej ojciec tworzy nowe gatunki roślin – tyle. Wujkowie Franka byli naprawdę wspaniali i lubiła spędzać z nimi czas, lubiła patrzeć jak ćwiczą i stają się wielkimi czarodziejami.
– Jakbym była facetem to na pewno bym cię chciała – odpowiedziała uśmiechając się wesoło. Brenna była naprawdę fantastyczną osobą i taką pewną siebie, że Alice naprawdę jakby miała być facetem by na nią leciała, ale nie była i już miała swojego wybranka. Miłośnika roślinek i szalonych przygód, które mu fundowała. – Psy?! Zaklepuje pierwsze wyjście na spacer! – krzyknęła i odwróciła się żeby spojrzeć na Franka, a to spowodowało, że potknęła się o wystającą płytę chodnikową i po prostu znowu runęła na ziemię jak długa. Nie było jednak znowu płaczu, a po prostu śmiech – Wolę podróżować na miotle – burknęła próbując wstać z ziemi.
Nawet nie była w stanie zarejestrować tego, że Longbottomowie chcą ją porwać na więcej dni niż tylko odstawienie jej do domu, ale ziemniaczki z pieczenią chętnie zje. Chętnie spędzi z nimi czas, bo przy nich czuła się naprawdę dobrze.