09.10.2023, 12:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2023, 12:14 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nie zgodziłaby się z tym, że tworzenie nowych gatunków roślin czy gra w teatrze są mniej ważne niż ich praca. Może były nawet ważniejsze? Ale nie znała przemyśleń dziewczynki.
– Naprawdę? Żadnego nie zauważyłam. Musisz mi wskazać konkretną osobę, chociaż idę o zakład, że okaże się, że to ktoś, kto chciał, żebym odwiedziła jakiś grobowiec pełen nieumarłych – odparła Erikowi, dając mu kuksańca w bok. Owszem, znała wielu mężczyzn, ale byli to przyjaciele… i nie, nawet nie pomyślała, że brat „pije” do Atreusa, bo zdawał się dawać wiarę temu, co mu powiedziała odnośnie próby morderstwa z tamtej nocy. (Zresztą: przecież nie skłamała ani jednym słowem. Po prostu nie powiedziała wszystkiego.)
I zasadniczo, irytowała się głównie dlatego, że jej brat mógł narobić problemów jakiemuś bogini ducha winnemu człowiekowi. To on przecież reagował bardziej alergicznie – ależ się wściekł, kiedy tylko zapytała o wianek Nory, a przecież nawet nie wpadło jej do głowy ich swatać, bo raz, nie chciałaby zrobić czegoś takiego bratu ani zranić przyjaciółki.
– Mam najpierw doprowadzić do porządku brata…? W takim razie ustalone. Nigdy nie wolno mi wyjść za mąż – stwierdziła lekko, zerkając na Erika z ukosa. Och, to była misja na całe życie, przynajmniej jej zdaniem, bo jednak pewnie każdy rozsądny człowiek powiedziałby, że jeżeli któreś z rodzeństwa potrzebowało doprowadzenia do porządku, to raczej Brenna. Ale ona była przypadkiem beznadziejnym, należało więc skupić się na tym, dla kogo była jeszcze nadzieja...
Zaraz jednak przeniosła wzrok na Franka, obdarzając go szerokim uśmiechem.
– Franky, skarbie. Ja nigdy nie żartuję, kiedy chodzi o pieczeń z sosem i ziemniaczkami – stwierdziła, wbrew temu uśmiechowi bardzo poważnym tonem. Mogła rzucać przeróżne żarty, na przykład grozić bratu organizacją ślubu albo zapowiadać karierę maszynistki, ale przecież nie mówiłaby, że przygotowano pieczeń, która tak naprawdę nie czekała w domu. - Są pewne świętości.
Kiedy Alice potknęła się po raz kolejny, Brenna puściła wózek i znów się pochyliła, by postawić ją na równe nogi.
- Zmiana planów. Erik, bierz wózek, ty niesiesz to... - zadecydowała, wpychając w ramiona Greengrass doniczkę Franka. I potem pochyliła się, by porwać dziewczynkę na ręce. Z obcą nastolatką by sobie na to nie pozwoliła, ale Alice znała odkąd ta była małym szkrabem. A uniesienie jej nie stanowiło wielkiego problemu, bo Greengrass pozostawała drobna, gdy sama Brenna raczej przerastała większość kobiet. - A ja niosę ciebie - dokończyła, po czym obejrzała się na resztę. - To do wyjścia, wycieczko - zarządziła, ruszając w rzednący powoli tłumek.
– Naprawdę? Żadnego nie zauważyłam. Musisz mi wskazać konkretną osobę, chociaż idę o zakład, że okaże się, że to ktoś, kto chciał, żebym odwiedziła jakiś grobowiec pełen nieumarłych – odparła Erikowi, dając mu kuksańca w bok. Owszem, znała wielu mężczyzn, ale byli to przyjaciele… i nie, nawet nie pomyślała, że brat „pije” do Atreusa, bo zdawał się dawać wiarę temu, co mu powiedziała odnośnie próby morderstwa z tamtej nocy. (Zresztą: przecież nie skłamała ani jednym słowem. Po prostu nie powiedziała wszystkiego.)
I zasadniczo, irytowała się głównie dlatego, że jej brat mógł narobić problemów jakiemuś bogini ducha winnemu człowiekowi. To on przecież reagował bardziej alergicznie – ależ się wściekł, kiedy tylko zapytała o wianek Nory, a przecież nawet nie wpadło jej do głowy ich swatać, bo raz, nie chciałaby zrobić czegoś takiego bratu ani zranić przyjaciółki.
– Mam najpierw doprowadzić do porządku brata…? W takim razie ustalone. Nigdy nie wolno mi wyjść za mąż – stwierdziła lekko, zerkając na Erika z ukosa. Och, to była misja na całe życie, przynajmniej jej zdaniem, bo jednak pewnie każdy rozsądny człowiek powiedziałby, że jeżeli któreś z rodzeństwa potrzebowało doprowadzenia do porządku, to raczej Brenna. Ale ona była przypadkiem beznadziejnym, należało więc skupić się na tym, dla kogo była jeszcze nadzieja...
Zaraz jednak przeniosła wzrok na Franka, obdarzając go szerokim uśmiechem.
– Franky, skarbie. Ja nigdy nie żartuję, kiedy chodzi o pieczeń z sosem i ziemniaczkami – stwierdziła, wbrew temu uśmiechowi bardzo poważnym tonem. Mogła rzucać przeróżne żarty, na przykład grozić bratu organizacją ślubu albo zapowiadać karierę maszynistki, ale przecież nie mówiłaby, że przygotowano pieczeń, która tak naprawdę nie czekała w domu. - Są pewne świętości.
Kiedy Alice potknęła się po raz kolejny, Brenna puściła wózek i znów się pochyliła, by postawić ją na równe nogi.
- Zmiana planów. Erik, bierz wózek, ty niesiesz to... - zadecydowała, wpychając w ramiona Greengrass doniczkę Franka. I potem pochyliła się, by porwać dziewczynkę na ręce. Z obcą nastolatką by sobie na to nie pozwoliła, ale Alice znała odkąd ta była małym szkrabem. A uniesienie jej nie stanowiło wielkiego problemu, bo Greengrass pozostawała drobna, gdy sama Brenna raczej przerastała większość kobiet. - A ja niosę ciebie - dokończyła, po czym obejrzała się na resztę. - To do wyjścia, wycieczko - zarządziła, ruszając w rzednący powoli tłumek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.