09.10.2023, 20:29 ✶
Gospodarze faktycznie byli sympatyczni. Byli kochają się parą, dwójką pasjonatów, dobrymi ludźmi, którzy wierzyli, że czarodzieje mogą wiele się od mugoli nauczyć i że mugole potrafią osiągnąć zdumiewające rzeczy, pomimo braku magii. Którym zdawało się, że można zbudować lepszy świat, oparty jeśli nie na współpracy, to przynajmniej na odrobinie zrozumienia i odrzuceniu uprzedzeń. Byli też zapewne trochę w tym naiwni – bo prawdopodobnie nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, jakie niebezpieczeństwo grozi im przez otwarte głoszenie takich teorii.
W świecie, który w tej chwili pomagała budować Clare Avery, dla takich jak oni nie było miejsca. Alanna Carrow, której ciało zajęła, nie uznawałaby ich pewnie za wartych życia – w końcu bratali się z mugolami i odbierali wpływy „prawdziwym czarodziejom”. Tym z wielopokoleniowych rodzin czarodziejów – ostatecznie chociaż w jej rodzinie trafił się ktoś półkrwi, to należała do starej, magicznej rodziny…
– Och… pani… Fletcher? – powiedziała Vivianne, która właśnie nastawiła wodę i machała różdżką, aby rozstawić filiżanki i talerzyki na stole. Kobieta spojrzała na Carrow odrobinę zaskoczona, bo nie była pewna, w jaki sposób można było skręcić za nią zamiast za resztą grupy, ale nie, nie wydawała się mieć żadnych podejrzeń względem Alanny. Dlaczego miałaby je mieć? Nie sądziła, że znalazła się na celowniku lorda Voldemorta. A już na pewno nie dopatrywała się żadnych złych intencji u nikogo, kogo zaprosiła tego wieczora do swojego domu. Uśmiechnęła się do niej nawet, sympatycznym uśmiechem, który czynił lekko pucołowatą twarz kobiety jakby ładniejszą.
– To bardzo miło z pani strony, ale nie woli pani pójść posłuchać, jak mój mąż wyjaśnia, w jaki sposób działa telewizor? – spytała uprzejmie, a potem odwróciła się, by sięgnąć do jednej z szafek i wyciągnąć z niej ciasteczka, które zamierzała podać do herbaty.
To był ten moment, w którym Alanna mogła użyć zaklęcia.
Słyszała gdzieś z tyłu szmer rozmów, hałas wielu ludzi przemieszczających się po małej przestrzeni, ale nikt nie znajdował się tuż za nią. Pani Harris stała odwrócona plecami, nie wyłapała momentu, w którym Carrow wyciągnęła różdżkę. Czar trafił ją w plecy, a pudełeczko z ciasteczkami wypadło kobiecie z rąk.
Alanna musiała teraz się spieszyć.
Zaklęcie się udało, a ona była naprawdę dobra w zauroczeniu.
Nie był to imperius, nie miała więc absolutnej władzy nad panią Harris. Alanna nie miała dużo czasu i nie mogła wydawać jakichś bardzo skomplikowanych instrukcji – ale mogła zaszczepić jakąś drobną sugestię… Pytanie, co chciała zrobić dokładnie?
W świecie, który w tej chwili pomagała budować Clare Avery, dla takich jak oni nie było miejsca. Alanna Carrow, której ciało zajęła, nie uznawałaby ich pewnie za wartych życia – w końcu bratali się z mugolami i odbierali wpływy „prawdziwym czarodziejom”. Tym z wielopokoleniowych rodzin czarodziejów – ostatecznie chociaż w jej rodzinie trafił się ktoś półkrwi, to należała do starej, magicznej rodziny…
– Och… pani… Fletcher? – powiedziała Vivianne, która właśnie nastawiła wodę i machała różdżką, aby rozstawić filiżanki i talerzyki na stole. Kobieta spojrzała na Carrow odrobinę zaskoczona, bo nie była pewna, w jaki sposób można było skręcić za nią zamiast za resztą grupy, ale nie, nie wydawała się mieć żadnych podejrzeń względem Alanny. Dlaczego miałaby je mieć? Nie sądziła, że znalazła się na celowniku lorda Voldemorta. A już na pewno nie dopatrywała się żadnych złych intencji u nikogo, kogo zaprosiła tego wieczora do swojego domu. Uśmiechnęła się do niej nawet, sympatycznym uśmiechem, który czynił lekko pucołowatą twarz kobiety jakby ładniejszą.
– To bardzo miło z pani strony, ale nie woli pani pójść posłuchać, jak mój mąż wyjaśnia, w jaki sposób działa telewizor? – spytała uprzejmie, a potem odwróciła się, by sięgnąć do jednej z szafek i wyciągnąć z niej ciasteczka, które zamierzała podać do herbaty.
To był ten moment, w którym Alanna mogła użyć zaklęcia.
Słyszała gdzieś z tyłu szmer rozmów, hałas wielu ludzi przemieszczających się po małej przestrzeni, ale nikt nie znajdował się tuż za nią. Pani Harris stała odwrócona plecami, nie wyłapała momentu, w którym Carrow wyciągnęła różdżkę. Czar trafił ją w plecy, a pudełeczko z ciasteczkami wypadło kobiecie z rąk.
Alanna musiała teraz się spieszyć.
Zaklęcie się udało, a ona była naprawdę dobra w zauroczeniu.
Nie był to imperius, nie miała więc absolutnej władzy nad panią Harris. Alanna nie miała dużo czasu i nie mogła wydawać jakichś bardzo skomplikowanych instrukcji – ale mogła zaszczepić jakąś drobną sugestię… Pytanie, co chciała zrobić dokładnie?