Obydwoje byli bladzi. Żadna nowość na Wyspach, ale u obu panów karnacja nie przybierała aż tak różowawego odcieniu jak rodzimych mieszkańców. To ich wyróżniało. Aczkolwiek, każdemu z nich taki stan nadawał inny efekt. Ezechiel wyglądał chorowicie. Jakby całe dnie siedział w piwnicy, czym niemalże był jego gabinet z oknem zastawionym regałem. Natomiast bladość nieznanego mu czarodzieja miała cechy szlachetne, kojarzyła się w raczej z rzeźbami renesansowych mistrzów niż salą szpitalną.
Ezechiel co jakiś czas otwierał oczy, gdy tylko słyszał jakiś szmer. Czasem to był przelatujący ptak, dwa razy minęły go przypadkowe grupki spacerowiczów. Tym razem zawiesił oko dłużej na ciemnowłosym mężczyźnie, by sprawdzić, czy to czasem nie Żyd, ale zdecydowanie nie. Już miał je zamknąć, gdy nieznajomy zagadał.
W pierwszej chwili Ez wyprostował się i rozejrzał w poszukiwaniu osoby, która mogła potrzebować pomocy, skoro padło takie pytanie. Ale byli sami.
— Pan pyta mnie? — spytał wskazując na siebie. — U mnie w porządku, tak, dziękuję.
Zaraz też niepewność uderzyła w niego. Ciągły jednak nie opuści go nawet tutaj.
— A czemu pan pyta? Te... te potwory czy coś gdzieś w okolicy tu teraz hasają, czy jak?
Nawet jeśli całą sytuację miał gdzieś, słysząc o monstrach grasujących w sąsiednim krzaku, raczej zebrałby się z miejsca.
!pęknięcia