Sarknął z niedowierzaniem, gdy Black postanowiła uderzyć w kwestię płci. I gdzie ta słynna równość, o którą tak walczyła w gronie swych krewniaków i ich ukochanej organizacji? Jak trzeba było walczyć o swoje – kobiece – prawa, to wszystkie chwyty były dozwolone, ale gdy delikatne męskie zdrowie było zagrożone, to nic! Zero tolerancji, tylko słowa potępienia. Jakby mogła, to pewnie jeszcze kopnęłaby go w tyłek i wywaliła na zewnątrz, żeby się zahartował. Podciągnął kołdrę pod same oczy, jakby obawiał się, że przyjaciółki spełni jego wyimaginowaną groźbę.
— A żebyś wiedziała, że umrę! — Westchnął dramatycznie, szarpiąc palcami materiał kołdry. — Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale mężczyźni naprawdę chorują bardziej dotkliwie. Jesteśmy delikatniejsi. — Odkaszlnął kilka razy, wbijając skonfundowane spojrzenie w Bellę. — Albo mamy po prostu gorszą odporność... To od tego wysiłku!
Na szczęście jego umysł był zbyt zamroczony chorobą, aby zdać sobie sprawę z tego, jak irracjonalnie to zdanie brzmiało w jego ustach. Bądź co bądź, nie należał do najaktywniejszych ludzi. Gdyby to zależało od niego, to spędziłby większość swojego życia w łóżku, pod ciepłą kołderką, kompletnie ignorując dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent społeczeństwa. Miało to swoje plusy i minusy. Jedni mówili odludek. Inni, że jest indywidualistą. A on przynajmniej nie musiałby się martwić tym całym szumem informacyjnym w poczytnych pisemkach pokroju Proroka Codziennego i Czarownicy.
— Ehh. — Wziął głęboki oddech. — Niech ci będzie. Spróbuje wytrwać. Do rana. Ale potem nie ręczę za siebie. Nie wiem, do czego mogę się posunąć, jeśli gorączka się zwiększy.
Może zacznę postrzegać mugoli jako swoich przyjaciół, pomyślał ze strachem, wzdrygając się na samą myśl. To już byłoby zbyt dużo. Nawet jak na niego. Po tym wszystkim, co mu wyrządzili, on miałby po prostu puścić to w niepamięć i spojrzeć na nich, jak na zwykłych... Umysł Rabastana zalała fala nieprzyjemnych wspomnień, co skutecznie nasiliło jego ból głowy. Opadł na poduszki, przymykając na moment oczy.
— A skoro tu jesteś, to zapewne wpadłaś na jakiś genialny pomysł?
Powinien był się domyślić, że nie była to wizyta towarzyska, a coś związanego z pracą. Huh, „pracą”. Jakby kiedykolwiek dostali, chociaż złamanego galeona za swoje trudu. Wystarczającą zapłatą miała być satysfakcja i możliwość uczestniczenia w planie zbudowania społeczeństwa czarodziejów na nowo. Mimo to czasem ciężko było nie postrzegać przynależności do grona czarnoksiężników w inny sposób: struktura, sposób, w jaki dostawali zadania, meldunki... Było w tym zaskakująco dużo struktury. Jak w każdej organizacji, pomyślał Rabastan, po raz kolejny wypuszczając z siebie ciężkie westchnienie.
— Moja droga, ty jesteś z Ministerstwa Magii — zauważył i to nawet całkiem sprytnie. W przeciwieństwie do niego, jej praca w oddziale amenezjatorów faktycznie otwierała pewne drzwi w kwestii infiltracji. I radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Jedno Obliviate tu, drugie tam i nie było żadnych wiarygodnych świadków. — Świetnie! — Klasnął słabo dłońmi. — A więc trafił ci się odcień... Kakao?
Zmrużył oczy, nachylając się nad Bellą i przyglądając się jej zmienionej twarzy pod różnymi kątami. Miał nadzieję, że nie machnął się przy swoich czarach i nie okaże się, że jedno oko różniło się drastycznie od drugiego. Tego chyba żadne z nich by nie chciało. Lub tego, aby oryginalny wygląd Black zaczął się wylewać zza jej maski. Ugh, to byłoby dopiero okropne. Musieliby kompletnie zmienić plan działania, a przecież zdobycie papierów na te konkretne twarzyczki wcale nie było takie łatwe!
— Dobrze się czujesz? — Uniósł pytająco brwi, starając się dowiedzieć, czy nie walczyła teraz mimowolnie z jakimiś efektami ubocznymi zaklęć zmieniających wygląd.