Całun białego welonu okrył hogwardzkie peryferie, pod puchem zostawiając jedynie kształty wcześniej wydatnych budynków; temperatury ujemne szczypały w policzki, wgryzały się chłodem w dłonie i bynajmniej nie skłaniały do wirowania pośród wykrojonych płatków śniegu. Te wirowały nieprzejednanie, spoczywając na czarnych puklach włosów, po chwili mając je zmienić w mokre, posklejane strąki. Pąs wybijający się ponad bladą, piegowatą buzię świadczył nieodwołalnie o nastaniu pory zimowej; tej ubierającej wszechrzecz w gęste kłęby chmur wędrujące po niebie, pchane niewiadomą siłą wiatru, który szczypał w policzki i skłaniał do silniejszego otulenia się miękkim szalikiem. Nie lubiła w gruncie rzeczy tej pory, sennie bezsennej, w której Hogwart zmieniał się w pałac lodowej królowej, a niebo szybciej przybierało czerń rozlanej kawy, poprzetykanej gdzieniegdzie brylantami mrugających cierpliwie gwiazd. Potarła dłońmi o siebie, prędkim chuchnięciem ciepłego oddechu usiłując przemóc skostniałe kłykcie.
Szesnastoletnia Loretta mogła być najprościej ubrana w kuriozalne słowa; niewielkiej, mikrej wręcz postury trzpiotka, o oczach tak głęboko orzechowych, otulonych kurtyną ciemnych, długich rzęs i siateczką piegów rozbijającą się na licu. Nie różniła się nader od siebie skalanej umykającymi wiosnami – z pewnością jednak, pewne pierwiastki kurażu miała nabyć dopiero na połach dorosłego życia.
Wnętrze zamku omiatała ciepła woalka; przez porę zimową, naturalnie nie mogła rozłożyć się pośród zieleni łąk obmywanych wstęgami złocistego słońca, nie mogła ulokować się pod jednym z rosłych, rozłożystych jak wata cukrowa drzew. Prawdopodobnie dlatego skierowała się do łazienki, niepomna ostrzeżeń o płaczącej okrutnie Marcie – w gruncie rzeczy bywało, iż lubiła jej zgryźliwą kompanię, dotarłszy więc do łazienki osunęła się spokojnie po kafelkach, którymi była na wpół wyłożona łazienka, otwierając okładkę zdezelowanego zębem czasu szkicownika.
Początkowo usłyszała tylko krzyki. Wiedziona ciekawością, odłożyła wcześniej dzierżony w dłoni ołówek – pogryziony i styrany – podnosząc się spod ściany. Widziała jedynie jego plecy, sylwetkę pochylającą się nad umywalką i cios, który rozbił w drobny mak lustrzaną powierzchnię.
– No co ty nie powiesz – odparła, jednak zgryźliwość tonu przykryła miękkim puchem troska wyczuwalna w jeszcze odrobinę drżącym głosie.
Wzrok umościł się, opadając subtelnie na klamkę. Podeszła doń, próbując tę pchnąć – nieustępliwa jednak, nie poruszyła się ani o jotę. Oceniając prędko sytuację, dostrzegła szramy świadczące o bójce, w której Borgin brał udział – to i splunięta do umywalki ślina, zawierająca w sobie znamiona krwi. Skracając jeszcze silniej dystans ich dzielący, ujęła jego twarz w drobne dłonie.
– Moja rodzina to medycy, jednak z pewnością nie chcesz, abym leczyła twoje rany. Mógłbyś skończyć z dwoma nosami, albo… – urwała, przybierając na wargi filuterny uśmiech.
– Zapewne jest ci to nie w smak, ale utknąłeś w moim towarzystwie. Jak zdążyłam wydedukować, nie masz różdżki. Pech chciał, że ja też jej nie mam – rzekła, wzruszając ramionami.