To nie był przerażająco szybki lot. Nie był gwałtowny. Laurent otworzył oczy, gdy leciał plecami w dół, a piękno nieba nad nim rozjaśniło jego oczy tysiącem diamentów. Tęczą i promieniami słońca, które skrzyły się w lazurowo-błękitnych falach. Piękne. Stres osiadł gdzieś na dnie brzucha i zmieszał się z fascynacją tego doznania, którym był lot sam w sobie. Czy raczej - opadanie. Kiedy twoje ciało było tak lekkie, że chyba mocniejszy wiatr byłby w stanie zmienić obrany kurs, kiedy wydawało się, że możesz zostać chmurką przyklejoną do tego błękitu nad głowami społeczeństwa, żeby stać się z nią jednością. Śmierć nie była tutaj bliska, nie była objawiona. W ogóle nie istniała. Od tego chyba można się było uzależnić. Głębokiego doznania wolności, w którym najwyższym ogranicznikiem była wiecznie działająca grawitacja. Lecz tę, z odrobiną magii, również przecież dałoby się zmienić. Teraz nie było takiej potrzeby. Oderwał oczy od nieba i obrócił głowę w dół, ku Philipowi...
Którego wyciągnięte ramiona złapały go bez najmniejszego problemu, nawet się przy tym zanadto nieuginając przy tym niewielkim ciężarze, jakim się stał. Laurent miał szeroko otworzone oczy i mocno walące serce, które pompowało adrenalinę przez jego krwioobieg. Wpatrzony w Philipa pomyślał o tym, że jego oczy podobne były do tego, co widział w locie - do nieba. Choć, na całe szczęście, nie sprawiały, żeby umierał ze strachu, czy coś takiego szalonego się w ogóle uda. A wściekła, oszalała miotła, zaczęła znowu się rwać, tym razem nad ich głowami, próbując uparcie polecieć tam, gdzie sobie wymyśliła i upatrzyła. Kto wie? Może ten lot wcale nie był przeznaczony dla Laurenta, a właśnie dla Philipa, żeby zrobić mu krzywdę? Klątwa, która zaczęła działać późno, żeby Philip zupełnie stracił czujność, zaufał nowemu nabytkowi? A może to zwykły przypadek i Laurent miał po prostu pecha. Och, to ostatnie na pewno. Niewłaściwy czas, niewłaściwe miejsce. Chociaż dzięki temu ktoś mógł zabawić się w prawdziwego bohatera ze wzorcowej, książkowej opowieści.
- Nie puszczaj mnie przez chwilę, bo chyba nie ustoję. - Uśmiechnął się trochę niemrawo do Philipa, obejmując go jednym ramieniem, bo w drugiej dłoni ciągle kurczowo trzymał różdżkę, gdyby musiał się ratować na inne sposoby. Spojrzał w górę, na tę nieposłuszną i wariującą miotłę, zanim w końcu zdecydował się stanąć, pochylając do przodu, żeby odetchnąć. Dotknął różdżką swojego ramienia, żeby wrócić do normalnego stanu swojego ciała, bo chociaż było to naprawdę uczucie, do którego aż chciałoby się przyzwyczaić - ta lekkość - to raczej nie była zdrowa i narażała na jeszcze większe kłopoty, niż już w nie potrafił wpadać. Zupełnie jakby świat się na Laurenta uwziął i starał się mu udowodnić, że na nic mu jego dobre serce, kiedy wszystko będzie pod górkę.
- Mam nadzieję... uf... - Postał jeszcze chwilę na ugiętych nogach, podpierając się o kolana, kiedy adrenalina z niego schodziła i pozostawiała charakterystyczne zmęczenie i słabość. Teraz już uśmiechał się szeroko, z ulgą, która ogarnęła jego serce i umysł, że był tutaj, a nie tam, na tej szalejącej miotle trzymanej tylko zaklęciem Philipa. Na szczęście bardzo udanym zaklęciem, które zadziałało idealnie w czas. Bo kawałek dalej byłby już problem z jakimkolwiek ratowaniem się przy pędzie, jaki ta miotła mogła osiągnąć. - ... że nigdy więcej nie wsiądę na miotłę. - Nie było to śmieszne w zasadzie, bo było cholernie niebezpieczne, ale kiedy stres i nerwy schodziły, człowiekowi robiło się wtedy lekko na duszy, nie na ciele. - Dziękuję... bardzo ci dziękuję. - Za pomoc. Ale w zasadzie to była jego miotła. Więc..? Podszedł do mężczyzny i przytulił go. - Nie wiem, czy chcesz szarpać się z tą miotłą, ale jeśli nie masz nic przeciwko to wystarczy mi chyba wrażeń w tym lesie. - Zdecydowanie teraz przydałoby się usiąść, zjeść przygotowany przez Migotka obiad i potem... och, potem się zobaczy.