10.10.2023, 22:02 ✶
Atreusowi jakoś nigdy szczególnie nie zależało na tych ogórach, ale wspierał w tej działalności Stanleya od kiedy tylko pamiętał. Od momentu, kiedy zamiast przesadzać mandragory na zaliczenie z zielarstwa, po nocy przekopywali doniczki w szklarni, żeby zasiać w nich swoje pierwsze plony. Historia tych działań była tak samo krótka, jak tragiczna, bo orłami z tego typu dziedzin to ani nigdy nie byli, ani też nikomu jakoś nie podobało się, że potłukli przy tym trzy doniczki i zamordowali z zimną krwią mandragorę. (Co akurat nie było ich winą bo skąd mieli wiedzieć, że zasypanie jej piachem miało jej nie służyć.)
Mimo wszelkich niepowodzeń, Bulstrode trwał jednak przy boku swojego przyjaciela, bo tam było jego miejsce. Przez lata starannie próbował mu od czasu do czasu pomóc, a jeśli nie mógł ku temu użyczyć swoich własnych rąk, to przynajmniej zagrzewał go do walki o słoje pełne ogórów. Tego jednak lata udało się. Nastąpił przełom i auror z całego serca był dumny ze Staszka, nawet jeśli jego własne życie nie pozwoliło mu w pełni przyczynić się do tego sukcesu poprzez ciężką pracę przy sadzeniu i doglądaniu tych królewskich warzyw.
Kiedy wreszcie dostał wiadomość, nie zastanawiał się długo, z miejsca udzielając Borginowi odpowiedzi i licząc dni do momentu, kiedy spotkają się przy stole i rozpoczną akcję kiszenie ogóra. Wykorzystał czas dzielący do odpowiedniego zaopatrzenia się na czas tych chwalebnych działań, wykupując parę flaszeczek, w które dzwoniły wesoło, kiedy stanął wreszcie na Borginowym progu.
- Dzień dobry, dzień dobry. Wybaczcie mi zwłokę - zapakował się do środka, omiatając szybkim spojrzeniem wszystkich, którzy znajdowali się wewnątrz. Był o czasie, nie nadwyrężając tym samym cierpliwości Staszka, ale fakt faktem, pojawił się wśród zgromadzonych ostatni. Chyba ostatni? - Tośka nie będzie? - zapytał jeszcze, pierwsze co robiąc to podchodząc do powierzchni płaskiej innej niż zapełniony rzeczami do ogórów stół, na którym rozstawił przyniesione ze sobą flaszki. Przeźroczysty płyn błyszczał w nich radośnie, bo Atreus postawił na klasykę, do której zwykle przegryzano ogórki, to jest bimber, żeby poczuli się jak na prawdziwych działkowców przystało. Bimber co prawda był gobliński, na wspomnienie czego aż go trzęsło gdzieś w środku, ale musiał przyznać, nawet jeśli z wyraźną niechęcią, że jedna z rzeczy w której te obrzydliwe pokurcze były dobre, to był właśnie bimber.
Nawet się nie zdziwił, widząc tutaj i Rookwooda i Victorię, zbyt już zaangażowany mentalnie w fakt dlaczego się tu wszyscy w ogóle zgromadzili. Przywitał też się z nimi, kiedy tylko pozbył się z rąk butelek, a potem podwinął rękawy białej koszuli. Akurat pod względem ubioru, prezentował się podobnie do Borgina, wybierając tego typu garderobę chyba tylko z przyzwyczajenia, nie wstydząc się jednak przygotowanych przez przyjaciela fartuszków, z których to jeden zaraz porwał w ręce i przyjrzał mu się z uznaniem.
- No, no. Widzę, że w tym roku jesteśmy przygotowani. Bardzo dobrze, Stanley. - pochwalił jego zaradność, bez chociażby odrobiny typowej dla niego ironii w głosie.
Mimo wszelkich niepowodzeń, Bulstrode trwał jednak przy boku swojego przyjaciela, bo tam było jego miejsce. Przez lata starannie próbował mu od czasu do czasu pomóc, a jeśli nie mógł ku temu użyczyć swoich własnych rąk, to przynajmniej zagrzewał go do walki o słoje pełne ogórów. Tego jednak lata udało się. Nastąpił przełom i auror z całego serca był dumny ze Staszka, nawet jeśli jego własne życie nie pozwoliło mu w pełni przyczynić się do tego sukcesu poprzez ciężką pracę przy sadzeniu i doglądaniu tych królewskich warzyw.
Kiedy wreszcie dostał wiadomość, nie zastanawiał się długo, z miejsca udzielając Borginowi odpowiedzi i licząc dni do momentu, kiedy spotkają się przy stole i rozpoczną akcję kiszenie ogóra. Wykorzystał czas dzielący do odpowiedniego zaopatrzenia się na czas tych chwalebnych działań, wykupując parę flaszeczek, w które dzwoniły wesoło, kiedy stanął wreszcie na Borginowym progu.
- Dzień dobry, dzień dobry. Wybaczcie mi zwłokę - zapakował się do środka, omiatając szybkim spojrzeniem wszystkich, którzy znajdowali się wewnątrz. Był o czasie, nie nadwyrężając tym samym cierpliwości Staszka, ale fakt faktem, pojawił się wśród zgromadzonych ostatni. Chyba ostatni? - Tośka nie będzie? - zapytał jeszcze, pierwsze co robiąc to podchodząc do powierzchni płaskiej innej niż zapełniony rzeczami do ogórów stół, na którym rozstawił przyniesione ze sobą flaszki. Przeźroczysty płyn błyszczał w nich radośnie, bo Atreus postawił na klasykę, do której zwykle przegryzano ogórki, to jest bimber, żeby poczuli się jak na prawdziwych działkowców przystało. Bimber co prawda był gobliński, na wspomnienie czego aż go trzęsło gdzieś w środku, ale musiał przyznać, nawet jeśli z wyraźną niechęcią, że jedna z rzeczy w której te obrzydliwe pokurcze były dobre, to był właśnie bimber.
Nawet się nie zdziwił, widząc tutaj i Rookwooda i Victorię, zbyt już zaangażowany mentalnie w fakt dlaczego się tu wszyscy w ogóle zgromadzili. Przywitał też się z nimi, kiedy tylko pozbył się z rąk butelek, a potem podwinął rękawy białej koszuli. Akurat pod względem ubioru, prezentował się podobnie do Borgina, wybierając tego typu garderobę chyba tylko z przyzwyczajenia, nie wstydząc się jednak przygotowanych przez przyjaciela fartuszków, z których to jeden zaraz porwał w ręce i przyjrzał mu się z uznaniem.
- No, no. Widzę, że w tym roku jesteśmy przygotowani. Bardzo dobrze, Stanley. - pochwalił jego zaradność, bez chociażby odrobiny typowej dla niego ironii w głosie.