Bo zawsze przecież żyła na skraju, na samym krańcu, na marginesie bytowania i choć kwiat młodości dawał jej przesiekę, gładki pas startowy, czuła się niejako opisana, zdeterminowana, już od samego początku skalana słowami, sylabami, głoskami. Nienawidziła tego przeklętego fatum, które ubierało ją w barwne, okrutne jak same orchidee, metafory. Prawdopodobnie dlatego, kierowana buńczucznym fatalizmem, przekonaniem o swojej własnej niechybnej wyjątkowości – westchnięcie zamarło na różanych wargach, gdy unosiła wzrok ze szkicownika; gdy wbijała szpilki wzroku w jego plecy, a filuterny uśmiech zatańczył gdzieś w kącikach ust – zupełnie tak, jakby chciała go wypróbować. Przestawali wszak być dziećmi i choć jej sylwetka wciąż przywodziła na myśl młodą nimfę, aniżeli zbudowaną z krwi i kości kobietę – cechy charakteru wybijały się coraz gwałtowniej ponad kanwę umysłu, szukając niewiadomego; szukając szczęścia w migotliwych gwiazdach.
Szesnastoletnia Loretta Lestrange miała w sobie wiele z Dolores Haze. Dopiero odkrywała swoje walory – welon czarnych rzęs, rzucających cień na piegowate policzki; odrobinę zadarty, niewielki nos; oczy ciemne jak samo podszycie ziemskie, szeroko otwarte; ruchy pełne niewyważonej gracji, które czyniły ją karykaturalną, a jednocześnie szepczące wszelkie tajemnice wszechświata.
Uśmiech na dobre rozgościł się na odrobinę drgających wargach.
– Niefortunność lub łut szczęścia – odparła od niechcenia, wciąż ujmując jego oblicze w drobnych dłoniach, sunąc niezobowiązująco kciukami po szczytach jego kości jarzmowych.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, dystans dzielący nie tylko ich ciała się zmniejszył; miała wrażenie, iż posiadała wgląd w jego drgającą pod wpływem ciepła duszę – odległą fizyczności, a tak bliską meandrom umysłu, które nagle ułożyły się w kręte ścieżki. Trwała tak przez ulotne momenty, mrużąc jedynie odrobinę oczy, skupiając wzrok na lekko rozwartych ustach Anthony’ego, ułożonych w gest, jakoby chciał posłać głoski w eter. Nie było mu jednak dane.
– Mówiono mi także, że powinnam unikać ognia, jednak nigdy nie przestałam zbliżać dłoni do płomienia świeczki – odparła w jednej trzeciej wiedziona filozofią, w drugiej zagadką, a na dnie trzeciej tliła się jedynie tajemnica.
Zsunęła dłonie z jego oblicza powoli, jakby niepewnie – czując po chwili uścisk jego palców na własnych. Odsunąwszy się od jego sylwetki, trzepocząc tymi zdradliwymi rzęsami, wznosząc się nieco na palcach, aby usiąść na krawędzi umywalki. Oparła się na prostych dłoniach, przekrzywiając nieznacznie głowę.
– Bergamotka i drzewo sandałowe – odparła miękko, słysząc chichot wzbijający się echem w przestrzeni. Nie interesowała jej teraz jednak jego jękliwa właścicielka. – Mogę? – spytała wiedziona bardziej formalnością, aniżeli faktycznym oczekiwaniem na zgodę.
I już po chwili nachylała się ku niemu, wyjmując materiałową chusteczkę z kieszeni, którą uprzednio zwilżyła chłodną wodą. Ujęła podbródek, delikatnie dociskając materiał do okolic jego nosa, zbrudzonych rdzawą posoką.