10.10.2023, 22:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.12.2023, 13:30 przez Florence Bulstrode.)
Florence zwróciła spojrzenie na Liefa. Oczy miała jasne, chłodne, próżno by się w nich doszukiwać choćby śladu ciepła, a spojrzenie uważne i taksujące, jakby nie tylko patrzyła na niego, ale też starała się wyłapać każdy szczegół wyglądu, mimiki, ubioru i poddawała go ocenie. Sądząc po jej niewzruszonym wyrazie twarzy, była to ocena z gatunku tych surowych. Cokolwiek sobie jednak myślała – nie okazała tego drgnięciem choćby jednego mięśnia.
– Ależ zamierzam. Za dwie godziny. Na temat łamania samoprzenoszących się klątw – odparła spokojnie, po jakichś dziesięciu sekundach, ani trochę nie zbita z tropu jego uwagą, którą można by uznać za ganiącą. Florence tym, że ktoś ją zgani, przestała się przejmować lata temu - po tym, jak po raz pierwszy i ostatni jeden z profesorów w Mungu miał rację zwracając jej uwagę na to, że się pomyliła. Potem po prostu nie pozwoliła, by taka sytuacja się powtórzyła, a skoro nie była skłonna przyznać, że ktoś ma rację wyrażając swoją ocenę, cóż ją to obchodziło?. – Bardzo chętnie zastąpiłabym pana Jamisona na scenie już teraz, ale obawiam się, że byłoby to źle widziane. Być może podczas dyskusji na koniec wykładu wskażę mu kilka błędów w rozumowaniu.
Florence nie miała większych problemów z wyrażaniem swojego zdania, obojętnie kogo miałaby tym urazić. Pewne podstawy dobrego wychowania miała jednak dość głęboko wpojone, nie mogła więc po prostu wstać i oświadczyć, że pan Jamison jest straszliwym idiotą, który zapewne nie rozpoznałby klątwy, nawet gdyby ta zaczęła tańczyć przed nim walca angielskiego. Nie wypadało. Właściwie partaczem nazwała go również na własny użytek, na moment zapominając, że jeden z pozostałych uczestników konferencji siedzi na tyle blisko, aby ją usłyszeć. Bulstrodowie byli ostatecznie rodziną czystej krwi, na tyle konserwatywną, aby reguły dobrego wychowania przynajmniej próbować wpoić dzieciom... nawet jeżeli udało się to głównie w przypadku najstarszej córki i najstarszego syna. Najmłodszy już chyba za bardzo przypominał Prewettów...
Dlatego jej opinie mogły poczekać do czasu przeznaczonego na pytania i odpowiedzi. Bo pytań miała sporo, zaczynając właśnie od tego, jak teorie mają się do modnej na terenie Egiptu tyle lat temu magii bezróżdzkowej.
– Czyżby pan uważał wykład pana Jamisona za tak fascynujący? – zapytała, wciąż uprzejmie, chociaż doskonale wiedziała, że jeśli odpowiedź będzie brzmiała „tak”, uzna natychmiast białowłosego, bladolicego mężczyznę za kogoś, kto trafił w nieodpowiednie miejsce, o nieodpowiednim czasie. Podobnie jak szanownego pana Jamisona, którego zaproszono tu zapewne ze względu na znajomości albo brak należytej wiedzy organizatorów… Przynajmniej w mniemaniu Florence.
– Ależ zamierzam. Za dwie godziny. Na temat łamania samoprzenoszących się klątw – odparła spokojnie, po jakichś dziesięciu sekundach, ani trochę nie zbita z tropu jego uwagą, którą można by uznać za ganiącą. Florence tym, że ktoś ją zgani, przestała się przejmować lata temu - po tym, jak po raz pierwszy i ostatni jeden z profesorów w Mungu miał rację zwracając jej uwagę na to, że się pomyliła. Potem po prostu nie pozwoliła, by taka sytuacja się powtórzyła, a skoro nie była skłonna przyznać, że ktoś ma rację wyrażając swoją ocenę, cóż ją to obchodziło?. – Bardzo chętnie zastąpiłabym pana Jamisona na scenie już teraz, ale obawiam się, że byłoby to źle widziane. Być może podczas dyskusji na koniec wykładu wskażę mu kilka błędów w rozumowaniu.
Florence nie miała większych problemów z wyrażaniem swojego zdania, obojętnie kogo miałaby tym urazić. Pewne podstawy dobrego wychowania miała jednak dość głęboko wpojone, nie mogła więc po prostu wstać i oświadczyć, że pan Jamison jest straszliwym idiotą, który zapewne nie rozpoznałby klątwy, nawet gdyby ta zaczęła tańczyć przed nim walca angielskiego. Nie wypadało. Właściwie partaczem nazwała go również na własny użytek, na moment zapominając, że jeden z pozostałych uczestników konferencji siedzi na tyle blisko, aby ją usłyszeć. Bulstrodowie byli ostatecznie rodziną czystej krwi, na tyle konserwatywną, aby reguły dobrego wychowania przynajmniej próbować wpoić dzieciom... nawet jeżeli udało się to głównie w przypadku najstarszej córki i najstarszego syna. Najmłodszy już chyba za bardzo przypominał Prewettów...
Dlatego jej opinie mogły poczekać do czasu przeznaczonego na pytania i odpowiedzi. Bo pytań miała sporo, zaczynając właśnie od tego, jak teorie mają się do modnej na terenie Egiptu tyle lat temu magii bezróżdzkowej.
– Czyżby pan uważał wykład pana Jamisona za tak fascynujący? – zapytała, wciąż uprzejmie, chociaż doskonale wiedziała, że jeśli odpowiedź będzie brzmiała „tak”, uzna natychmiast białowłosego, bladolicego mężczyznę za kogoś, kto trafił w nieodpowiednie miejsce, o nieodpowiednim czasie. Podobnie jak szanownego pana Jamisona, którego zaproszono tu zapewne ze względu na znajomości albo brak należytej wiedzy organizatorów… Przynajmniej w mniemaniu Florence.