Ururu wystraszył się słysząc głos Sebastiana, co widać było tylko po jego oczach. Jego usta zastygnięte były w neutralnym dla niego uśmiechu. Przez chwilę nie ruszał się, ale potem odłożył dopiero co zabitego gołębia na ziemię.
— Nie jestem złodziejem — wyjaśnił. — Mógłbym co prawda kupić kilka kur, ale po co, skoro jest tyle gołębi wokół. Ludzie tylko narzekają na nie i uznają za szkodniki... Wykonuję więc pracę w służbie społeczeństwa, nie uważa pan?
Ururu zabrał się za skręcanie karku dwóm pozostałym gołębiom. Chciał je jak najszybciej zabrać i zniknąć Sebastianowi z oczu. Wolał nie gorszyć innych swoimi przeklętymi zwyczajami.
Zrobił to szybko, a wtedy jego spojrzenie zostało przyciągnięte przez jakiś błysk.
— Oh, proszę spojrzeć! Widzi to pan? Czy ten krzew sam z siebie zapłonął? Oh, może to bóg chce nam coś przekazać? — wykrzyknął podekscytowany. Zostawił na moment gołębie i zbliżył się do krzewu. Zatrzymał się, gdy dostrzegł mężczyznę obok. To go bardzo zbiło z tropu. A jeszcze bardziej jego zniknięcie wraz z krzewem.
Ururu posłał przenikliwe spojrzenie Sebastianowi. Ekscytacja częściowo ustąpiła miejsca zdziwieniu.
— Wie pan może co to było? Czy to normalne w tej okolicy? — spytał.