To był naprawdę trudny czas. Coraz trudniejszy, zamiast coraz łatwiejszego. Wszystko zaczynało się sypać jak zdmuchnięta wieżyczka z kart. Rozpadać na kawałki nawet w tym kawałku Raju, jakim był jego ukochany rezerwat. Dom, który był jego ostoją przestał być taki gościnny, Keswick wcale nie było wiele lepsze, trudne rozmowy toczyły się wokół, każdy czegoś potrzebował, wszystko nabierało rozpędu, a Laurent bardzo się starał trzymać w tym wszystkim w pionie. Jeszcze nie było tak źle, co..? Nie, jeszcze nie było. Nawet pomimo statku, na którym, o zgrozo, prawie umarł. Już trzeci raz w tym miesiącu. W jednym czerwcu. I stał jakby nigdy nic, zastanawiając się, dlaczego to nie było dla niego bardziej wstrząsające niż być powinno. Dlaczego spływało po nim i miał wrażenie, że te wydarzenia były gdzieś z boku, a nie były częścią niego samego. Oglądał film, w którym brud, syf i krew mieszały się ze sobą, ale nie nadawały się do tego, żeby prócz bycia w nim aktorem stały się jego własną historią. Właśnie - historią. Bo to, co wczoraj i co miesiąc temu było zaledwie historią. Dziś było darem. Jutro miało być tajemnicą, która czekała na odkrycie. Jakąś lepszą, jakąś milszą. Powinno być wyczekiwane z niecierpliwością i uśmiechem na ustach. Jak mógłby myśleć inaczej..?
Kolejna blizna zdobiła jego ciało. Ukrywana pod zaklęciem, żeby nie widział jej nikt i żeby sam na nią nie musiał spoglądać. Przecież nie po to tak o siebie dbał, żeby teraz coś miało zeszpecić jego doskonałość pielęgnowaną przez tyle lat, prawda? Więc się uśmiechał. Nic się nie zmieniło, wszystko biegło dawnym torem, tylko o wiele szybciej i wymagało większego wysiłku, ale wcale świat nie przewracał się do góry nogami - nie ten jego. Wyjął te klisze, schował je do szuflady i mógł prowadzić nadal swój spokojny i niezmącony piekłem zewnętrznego świata byt. Dlatego mógł otworzyć drzwi i...
Złapać Victorię, która wpadła w jego ramiona, gdy tylko te drzwi otworzył? Bo on te ramiona otworzył, kiedy tylko ją zobaczył. Brzmiała strasznie - cokolwiek się stało. Jakby była chora, ale wtedy raczej by do niego nie przychodziła, bo znając jego wspaniałe zdrowie zaraz by też przeziębienie złapał. Skoro nie choroba to wniosek był bardzo prosty i wcale nie pocieszający.
- Dzień dobry, Victorio... heeej... co się stało... - Zapytał, trzymając jej zimne ciało w objęciach. Drugą wolną ręką zamknął za nią drzwi, ale nie puszczał jej, dopóki tego potrzebowała. Pocałował czubek jej głowy, przytulając czule, opatulając swoimi ramionami. Mogli tutaj stać chwilę, dwie, albo i następną godzinę, jeśli tego potrzebowała. - Zrobić ci herbaty..? Albo gorącej czekolady? - A może to, czego teraz potrzebowała to wino? Takie, które przyniosłoby ukojenie, nawet jeśli tylko chwilowe.