Och, ależ Victoria była chora. Tylko to nie jej ciało chorowało. Jej ciało przetwarzało blizny, z którymi walczyła i których próbowała się pozbyć, ale choroba trawiła nie mięśnie, nie krwioobieg, nie płuca czy gardło. Trawiły jej ducha i jej serce. Zatruwało umysł i sprawiało, że ten przestawał funkcjonować tak, jak powinien. Więc miała trochę siły na to, żeby wpaść w niego - a może na niego? Zatopić się w ciepłych ramionach? Dla niej na pewno ciepłych, może wręcz parzących do pewnego stopnia. Mieli w końcu piękne, letnie popołudnie, które śpiewem ptaków z lasu zwiastowało jeszcze gorętszy wieczór. Rzeczywiście trochę się zgiął, cofnął jedną nogę, żeby utrzymać równowagę, bo chociaż Victoria nie była ciężka, a w dodatku zmizerniała przez te ostatnie dwa miesiące, to swój na swego trafił - wiele siły w ramionach Laurenta nie było.
- Migotku! Zrób Victorii gorącą czekoladę. - Zawołał do skrzata, oglądając się przez ramię, ale nie widział i tak małego stworzenia. Wiedział natomiast, że to stawi się na wezwanie i że dobrze go usłyszy, jeśli nawet nie było go w samym domu. To dzięsięciosekundowe stracenie z ocząt wtulonej w niego sylwetki, której bliskość przechodziła dreszczami od bijącego chłodu, zakończyło się i znów na nią spoglądał. Trzymał ją, ale poprawił swoje ręce na jej ciele tak, żeby trochę ją od siebie odsunąć, albo siebie od niej - bez różnicy. Przesunął się tak, żeby nie być zbyt daleko, ale jednocześnie żeby wyprowadzić ją z wejścia do salonu, gdzie letnie światło wlewało się od strony tarasu przez wielkie okna. - Zadziwiająco dobrze przechodzę to, co działo się na statku, jeśli o to pytasz. - Uśmiechnął się, mówiąc do niej ciepłym, lekkim tonem. To było takie w jej stylu - siedzieć, płakać, jak mała dziewczynka w piaskownicy, ale pytać przy tym, czy wszystko okej drugiej strony. Znał to z autopsji, byli pod tym względem niepoprawni i niezdrowi, ale dopiero kiedy obserwował Victorię to to widział. Łatwiej w końcu dojrzeć kogoś niż siebie samego. Złapał z jej dłoni te okulary przeciwsłoneczne i zawiesił je na jej koszuli, łapiąc jej kołnierz, żeby teraz nie przeszkadzały i żeby zaraz zresztą nie wypadły Victorii z dłoni. Poprowadził ją do kanapy i usiadł z nią na niej uznając, że teraz będzie się czuła lepiej w tym zacisznym zakątku dającym wrażenie bezpieczeństwa niż na tarasie. - Co się stało, moja droga? - Zapytał, głaszcząc ją po głowie.