Wolałby, żeby nabierała swoich kształtów i chudła dlatego, że o siebie dba, nie dlatego, że problemy dnia codziennego zaczynają spędzać już nie tylko sen z jej powiek, ale również wiązać żołądek w supeł. Mogliby się stołować razem - może przynajmniej wtedy każdy z nich dobrze by jadł? Mogąc cieszyć się swoim towarzystwem? Bo kiedy był w odwiedzinach u Florence, albo kiedy miał okazję usiąść z Pandorą to jadł bardzo chętnie. W zaciszu domowego kącika, gdzie nie było niczyich oczu, gdzie nie trzeba było być idealnym, gdzie ktoś jadł z tobą, albo i nawet siedział obok ciebie karmiąc cię niemal jak dziecko, którego trzeba przypilnować. To było przyjemne. Rodzinne. To było proste i wypełnione miłością. Nie potrafił gotować, bo nigdy nie potrzebował się uczyć, przyzwyczajony do tego, że wszystko mu podawano pod nos. Jak prawdziwa księżniczka wyciągnięta z wieży, w której pewnie ojciec mógłby go naprawdę zamknąć, gdyby tylko nie spełniał jego oczekiwań. A może nie..? Za każdym razem się zastanawiał, gdzie leżała granica jego miłości, a gdzie obowiązku wobec rodu.
- Gdybym mógł cofnąć się w czasie i postąpić inaczej - nie postąpiłbym. - Czy to ją uspakajało? Nie wycofałby się przed wejściem na ten statek. Brenna wtedy powiedziała, że wie, że nie namówi go do powrotu i miała rację. Nie zawróciłby, ponieważ miał wgląd na to, co się tam wydarzyło i na to, że chyba jego pokrętnym przeznaczeniem było położyć swoje palce na pięknych perłach, które zostały użyte w naprawdę złych celach.
- Nie masz za co przepraszać. Już ci wielokrotnie mówiłem, że moje drzwi są zawsze dla ciebie otwarte. - Uspakajał ją, ciągle przytulając i zerkając na nią, jak się trzyma, jak sobie radzi, jak prezentuje się jej twarz i te jej czerwone oczy i zapuchnięte policzki. Musiała dużo płakać. Ci, którzy mówili, że po płaczu oczy kobiety są czystsze i piękniejsze byli naprawdę pokrętnymi osobami. - Nawet gdybym nie miał zbyt wiele czasu zawsze mogłabyś mi trochę poprzeszkadzać w trakcie pracy. - Posiedzieć obok, postać, pomagać, bo czasem tylko towarzystwo było potrzebne. Tylko albo aż. Rozumiał tę potrzebę doskonale, dlatego tutaj nie było o czym mówić. Dla przyjaciół zawsze znajdował czas. - Gorzej się po tym czujesz? - Połowicznie zapytał, a połowicznie postawił twierdzenie, stwierdził fakt. "Gorzej czujesz" i tak było niedopowiedzeniem patrząc na stan, w jakim się znajdowała. Nie mógł jej powiedzieć, że się w takim razie cieszy, że się udało, pominął też zapewnianie, że gdyby to było groźne to Florence by się na to nie zdecydowała i tak dalej. I tak, pisała o tym, wspominała. Najwyraźniej wszystko nie poszło tak, jak było założone... ale to powodowało też dużo kłopotów. I bądź tu mądry. Teraz był to błąd, emocje ewidentnie ją zalewały. - Czy nie uważasz, że w takich rzeczach jak emocje nie powinno się mieszać? Ten rytuał był jak amortencja. Dla obu stron. - Powiedział delikatnie, opierając podbródek o czubek jej głowy, by zaraz ułożyć na niej policzek. To było smutne i przeszywało jego serce - widzieć ją w tym stanie. Starał się utrzymać jednak ciepły ton i nie dać się obezwładnić tym emocjom, bo zdecydowanie nie potrzebowała tutaj, żeby oboje się nagle rozpłakali z powodu tego wszystkiego. Potrzebowała wsparcia i oparcia. Natomiast... chyba jej choroba była groźniejsza, niż się spodziewał. I teraz nagle żałował swoich słów, jakie powiedział do niej tamtej nocy, kiedy wywoływali jej babkę. O tym zrywaniu zaręczyn. Bo coś czuł, że przeżywali tutaj właśnie złamane serce. Prawdę mówiąc... nie znał tego uczucia. Owszem, zostało mocno nadwyrężone przez zachowanie Philipa, ale to przecież nie była miłość. I zdecydowanie nie mogli tu mówić o przeżywaniu załamania, nawet jeśli było to z jego strony naprawdę przykre, co po sobie pozostawił.