11.10.2023, 18:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.10.2023, 18:43 przez Brenna Longbottom.)
Brenna z kolei nigdy nie miała problemów z dotykiem i wyciągała ręce w przyjaznym geście do rodziny, przyjaciół, znajomych i całkiem obcych osób. Można było uznać to za natrętne, chociaż jedno trzeba było jej przyznać: jeżeli reakcja wydawała się jej niechętna, starała się pilnować i tego nie powtarzać.
- Żartowałam - powiedziała, uśmiechając się szelmowsko, kiedy zdawał się niepewny, czy mówi poważnie. Nic nowego, brat i siostry też czasem odruchowo brali tego typu opowieści za prawdziwe, może dlatego, że Brenna wciskała nos wszędzie, gdzie się dało i czasem ciężko było uwierzyć z kolei w te prawdziwe historie. - Jasne. Swój własny. Zwykłe mówi rzeczy w rodzaju "zjedz to ciasteczko" albo "a może tak powłóczyć się po wieży astronomicznej, chociaż już dwudziesta trzecia".
Była to i prawda, i kłamstwo zarazem. Nie wzywało ją żadne dziedzictwo, duchy nie szeptały jej swoich sekretów, nie spotykały jej żadne niesamowitości. Ale w głowie Brenny niekiedy odbijały się echem wspomnienia rozmów związane z danymi miejscami, a w jej snach niekiedy pojawiały się twarze przodków. Teraz jednak już rzadko, odkąd nauczyła się utrzymywać widmowidzenie w ryzach kręgu świec i dymu.
- Świetnie, jeśli kiedyś przypadkiem oboje zostalibyśmy duchami, możemy szaleć razem. Chociaż mam wielką nadzieję, że nie to nie grozi - stwierdziła, bo taki los zdawał się jej jeszcze gorszy od śmierci.
Uśmiechnęła się znowu, tym razem nie jakoś wesoło, a raczej trochę mimowolnie, przyjaźnie, gdy wspomniał o okrutnym świecie. Nie z rozbawieniem na jego słowa. Po prostu pomyślała, że Esme Rowle jest naprawdę dobrym chłopakiem i że nie zasłużył ani na to, by zostać z tyłu podczas spaceru że znajomymi - obojętnie, czy chciał, by o nim zapomniano, czy nie, bo jeśli chciał, to znaczyło, że źle się tam czuł - ani na niektóre stereotypowe opinie, jakie chodziły o Ślizgonach. Chociaż po prawdzie mało przypominał slizgońskich chłopców, których znała: większość z nich bardzo przejmowała się tym, jak są widziani i pewnie nie przyznaliby się, że zostawiono ich samym sobie. Nawet Laurent miał chyba w sobie więcej przebiegłości niż Esme, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Uśmiech jednak zaraz zamienił się w taki już naprawdę rozbawiony na jego kolejne słowa.
- Żartujesz? Dwie takie, jak ja? Hogwart by tego nie wytrzymał. A jeśli nawet zamek dałby radę, to już moja rodzina na pewno nie. Jestem pewna, że mój brat wyemigrowałby gdzieś na Alaskę - stwierdziła całkiem radośnie. Próba pomocy Adel czy komukolwiek innemu nie wydawała się jej niczym specjalnym, bo po prawdzie ot... w rodzinie miała sporo osób, które poproszone o pomoc tej udzielały. Płynęło to w ich krwi. Może w Brennie skumulowało się trochę bardziej, z paru stron, ale nie wyróżniała się specjalnie wśród krewnych.
- Tak szczerze, to nie jestem pewna. W zamku jest parę. Większość została tu chyba z własnej woli... tutaj raz widziałam chyba jednego z daleka, ale z żadnym poza Adel nie rozmawiałam. I jeśli kiedyś znalazłabym sposób, to pewnie, dam ci znać... chociaż nie wiem, czy to w ogóle możliwe - powiedziała z westchnieniem, zwracając odruchowo spojrzenie w stronę grobowca, w którym znikł duch.
@Esmé Rowle
- Żartowałam - powiedziała, uśmiechając się szelmowsko, kiedy zdawał się niepewny, czy mówi poważnie. Nic nowego, brat i siostry też czasem odruchowo brali tego typu opowieści za prawdziwe, może dlatego, że Brenna wciskała nos wszędzie, gdzie się dało i czasem ciężko było uwierzyć z kolei w te prawdziwe historie. - Jasne. Swój własny. Zwykłe mówi rzeczy w rodzaju "zjedz to ciasteczko" albo "a może tak powłóczyć się po wieży astronomicznej, chociaż już dwudziesta trzecia".
Była to i prawda, i kłamstwo zarazem. Nie wzywało ją żadne dziedzictwo, duchy nie szeptały jej swoich sekretów, nie spotykały jej żadne niesamowitości. Ale w głowie Brenny niekiedy odbijały się echem wspomnienia rozmów związane z danymi miejscami, a w jej snach niekiedy pojawiały się twarze przodków. Teraz jednak już rzadko, odkąd nauczyła się utrzymywać widmowidzenie w ryzach kręgu świec i dymu.
- Świetnie, jeśli kiedyś przypadkiem oboje zostalibyśmy duchami, możemy szaleć razem. Chociaż mam wielką nadzieję, że nie to nie grozi - stwierdziła, bo taki los zdawał się jej jeszcze gorszy od śmierci.
Uśmiechnęła się znowu, tym razem nie jakoś wesoło, a raczej trochę mimowolnie, przyjaźnie, gdy wspomniał o okrutnym świecie. Nie z rozbawieniem na jego słowa. Po prostu pomyślała, że Esme Rowle jest naprawdę dobrym chłopakiem i że nie zasłużył ani na to, by zostać z tyłu podczas spaceru że znajomymi - obojętnie, czy chciał, by o nim zapomniano, czy nie, bo jeśli chciał, to znaczyło, że źle się tam czuł - ani na niektóre stereotypowe opinie, jakie chodziły o Ślizgonach. Chociaż po prawdzie mało przypominał slizgońskich chłopców, których znała: większość z nich bardzo przejmowała się tym, jak są widziani i pewnie nie przyznaliby się, że zostawiono ich samym sobie. Nawet Laurent miał chyba w sobie więcej przebiegłości niż Esme, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Uśmiech jednak zaraz zamienił się w taki już naprawdę rozbawiony na jego kolejne słowa.
- Żartujesz? Dwie takie, jak ja? Hogwart by tego nie wytrzymał. A jeśli nawet zamek dałby radę, to już moja rodzina na pewno nie. Jestem pewna, że mój brat wyemigrowałby gdzieś na Alaskę - stwierdziła całkiem radośnie. Próba pomocy Adel czy komukolwiek innemu nie wydawała się jej niczym specjalnym, bo po prawdzie ot... w rodzinie miała sporo osób, które poproszone o pomoc tej udzielały. Płynęło to w ich krwi. Może w Brennie skumulowało się trochę bardziej, z paru stron, ale nie wyróżniała się specjalnie wśród krewnych.
- Tak szczerze, to nie jestem pewna. W zamku jest parę. Większość została tu chyba z własnej woli... tutaj raz widziałam chyba jednego z daleka, ale z żadnym poza Adel nie rozmawiałam. I jeśli kiedyś znalazłabym sposób, to pewnie, dam ci znać... chociaż nie wiem, czy to w ogóle możliwe - powiedziała z westchnieniem, zwracając odruchowo spojrzenie w stronę grobowca, w którym znikł duch.
@Esmé Rowle
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.