To było przyjemne i dobre uczucie, kiedy ktoś o ciebie dbał, troszczył się o ciebie i poświęcał ci swoje myśli. Tak samo miłe, kiedy chciał ci przypomnieć, że hej - możesz na mnie liczyć. Ale niedawno mieli już rozmowę dotyczącą pomocy i nie, nie pomyślał akurat o tym, że zamierzała go teraz upominać. Byli tam wszyscy razem. Sam by zdecydowanie nie wybrał się do tego statku mimo wezwania, jakie wobec niego miał. O wiele silniejsze niż zew morza, który był kojącym szeptem, kołysanką. Choć czasem bolało serce, żeby w tych falach zniknąć. Wydawały się takie bezpieczne w porównaniu do świata, jaki teraz miał miejsce.
- Nie spodziewałem się ich. Zastanawiałem się nad tym, bo... wolałbym tego nie przeżywać. Wolałbym nie przeżywać widm, nie gościć w swoim śnie mordercy i nie mieć wypadku przy starej stodole. - To było jakieś zupełnie abstrakcyjne kiedy tak o tym myślał. - Florence napisała mi, żebym na siebie uważał, bo ma wrażenie, że zawisnęło nade mną jakieś fatum. - Nie to, żeby jego życie było zawsze spokojne. Potrzeba niesienia pomocy czasami wpychała go w różne dziwne i niebezpieczne sytuacje, ale to, co zaczęło się dziać od Beltane... chyba oczywistym było, że Śmierciożercy w końcu pokażą na co ich stać. Wystarczyło dać im tylko wystarczająco czasu. Jak i czym walczono? Skąd miał wiedzieć. Zagrożenie chyba jednak zostało zignorowane. Za mocno zignorowane. - Zastanawiałem się sam, czy gdybym mógł cofnąć czas to coś bym zmienił, dokonał innych wyborów. - Podzielił się jej przemyśleniami na temat tego wszystkiego. Nie był pewien, czy mówienie jej o tym teraz było dobrym pomysłem, czy lepiej byłoby przemilczeć albo ominąć temat, ale chyba chciała porozmawiać nie tylko o tym, co ją dręczy, ale również o czymkolwiek, co pozwoliłoby jej oderwać od tego myśli. To nie był lekki temat, ale kiedy o nim opowiadał nie brzmiał też na ciężki. Odpowiedni dobór słów, tonu, potrafił zmienić bardzo wiele, nawet jeśli jakiś negatyw wykluje się we wnętrzu. - W takim razie zapraszam. Pracy tutaj nie brakuje. - Każdy miał swoje zadania, oczywiście, ale Laurent, taka była prawda, nie potrafił sobie ze sporą ilością rzeczy poradzić sam. Z bardzo prostego powodu - nie miał siły. I to też sprawiało, że potrafił polegać na innych. W czym nie potrafił polegać za bardzo polegać na kimś to to, czego się uczył. Czyli na przykład powierzenia swoich zadań komuś. Tego, żeby dopilnować rachunkowości, żeby formalności załatwiać, żeby z istotnym klientem porozmawiać. Zaczynał wtedy się trochę miotać we własnym wnętrzu z wrażenia, że jeśli on tego nie dopilnuje to to się nie uda. Uczył się jednak. Cały czas uczył się ludzi wokół siebie i tego, jak z nimi postępować. Tak i uczył się Victorii.
Rozumiał, dlaczego to było takie okrutne - ten rytuał. Victoria była drugą jego ofiarą, z tym, że ona zbliżała się do partnera, bo jej rytuał został dopełniony. Kiedy został złamany - złamało to i część niej. Jej delikatne, wrażliwe serce. Odetchnął cicho, słuchając, głaszcząc ją ciągle powoli i delikatnie. To po plecach, po głowie, po ramieniu. Żeby "nie wygłaskać" jednego miejsca. Żeby ten ruch był ciągle tak samo przyjemny i uspakajający. Zimno mu się już robiło, ale jeszcze tego nawet nie zauważał. Zastanawiał się, czy w ogóle ma coś mądrego na ten temat do powiedzenia. Bo to, co mówiła, sprawiała, że chciał powiedzieć, że to tym lepiej, że złamali to zaklęcie - to jej zdrowiu nie służyło.
- Nie do końca, ale jednak jest to podobne. Może ty nie doświadczyłaś rzeczy, których byś normalnie nie zrobiła, bo jak rozumiem było to dla ciebie zgodne z tym, co sama myślałaś, co czułaś. Ale ludzie robili głupoty, których by się nie dopuścili, gdyby nie to wiązanie. Zmieniali się... czasem nie do poznania. Życie mojego przyjaciela odwróciło się przez ten rytuał do góry nogami i zniszczyło mu to dwa miesiące życia. - I dobrze, że nie zniszczy więcej, bo już wiadome było, że Florence była w stanie zdjąć to zaklęcie. - Nie było miło? - Odważył się zapytać. Ludzie robili różne rzeczy, żeby było miło. On robił różne rzeczy, żeby było miło. Rzeczy, których sam się wstydził. - Nie rozumiem. Dlaczego mówisz, że było fałszywe... sądzisz, że ktoś mu podał amortencję? - Trochę to sobie przeczyło, skoro zerwanie więzi doprowadziło do tego... dziwnego stanu, jaki opisała, skoro robił rzeczy, żeby było miło, to były fałszywe? Ale odpowiedź zaraz przyszła. Czyli to po prostu było udawane... Och, Victorio... W końcu nadeszło uzupełnienie tej historii o słowa, które brzmiały... cóż, Laurent nie pomyślał o samobójstwie. O wyjeździe, zakończenie relacji, ale nie o samobójstwie. - Ludzie robią różne rzeczy, żeby było miło i sympatycznie. Pomyślałaś, że być może robił to, bo jemu też było dzięki temu było miło..? - Najchętniej by jej powiedział "a nie mówiłem?" - oczywiście nie w takiej formie. Wymagało to od niego wysiłku, bo z jednej strony nie chciał jej dobijać, z drugiej dawać fałszywej nadziei, żeby się na tę chorą relację nakręcała, z trzeciej sam nie wiedział. Chciał myśleć racjonalnie. Jak zawsze. Nie przez perspektywę tego, jak dbał o Victorię i że była jego przyjaciółką. - Czasem emocje są trudne do nazwania w pierwszej chwili. Nie zdajemy sobie z nich sprawy, albo są głęboko zakryte. Szczególnie mężczyźni, uwierz, mają okropny problem z nazywaniem uczuć i rozumieniem ich. - Uśmiechnął się trochę z rozbawieniem, zaglądając jej w oczy, żeby pacnąć kraniec jej nosa. - Victorio. - Poprawił się trochę tak, żeby móc patrzeć w jej oczy. - Ten ból twojego cennego, dobrego serduszka jest straszny i przygnębiający. Jesteś przepiękną kobietą, mądrą, inteligentną, o wielkim sercu. Stoisz przed możliwością wzięcie w posiadania kontroli nad swoim życiem, o czym marzyłaś. Płacz, jeśli potrzebujesz, bo to zawsze boli, kiedy zaboli serce. - Ułożył dłonie na jej twarzy, by pogładzić jej skórę kciukiem. - Wiem, że cię to nie uszczęśliwi, ale nadal nie uważam, że on jest dla ciebie odpowiedni. Moja piękna Victorio... tak mi przykro... - Odetchnął ze smutkiem, przesuwając palcami kosmyki jej włosów, których tym razem nie ułożyła tak jak należy.