- Każdy zasługuje na spokój. - Powiedział po jej słowach, że on na to zasłużył. Zasłużył? Kwestia wyceny własnych czynów zawsze była bardzo prosta do postawienia pod kreską, bo nikt tak dobrze nie widział twoich złych cech jak ty sam. Nie uważał siebie jednak za tak złego człowieka, żeby nie myśleć, że na spokój nie zasługiwał, bo każdy powinien go w swoim życiu zaznać. Wtedy na pewno mniej zła tłoczyłoby Ziemię. W tym wszystkim chodziło jednak o to, że to humoru nie psuło. Wręcz przeciwnie. - Psuje? Nie, Victorio. Buduje, jeśli tylko pozwolisz sobie powiedzieć, że nie żałujesz. Ponieważ podjęte decyzje, nawet jeśli pozostawiły blizny, przyczyniły się do zmian, bez których nie znaleźlibyśmy się w tym miejscu. Nawet jeśli bolało. - I jeśli boli nadal. Kto wie, co by się stało, gdyby Victoria nie wbiegła w ten ogień razem z resztą? Byłoby gorzej? Lepiej? Tego nie sposób stwierdzić. Ale możemy z całą stanowczością stwierdzić, że przecież jeśli byli tu, przetrwali i mogli cieszyć się swoim towarzystwem to wcale nie było źle. A gorzej mogło być i to o wiele bardziej. Victoria po prostu nie potrafiła docenić do końca tego, co wokół siebie miała. - Czuj się zaproszona, kiedy tylko zapragniesz. - Nie, nie chodziło o potrzebę pomocy, bo gdyby tak było Laurent by kogoś jeszcze zatrudnił. Chodziło jednak i tak o zajęcie, które nie było pracą, dla Victorii. Zajęcie obcowania z życiem, które potem rosło w oczach i pozostawiało w twoim sercu poczucie, że zrobiłeś coś dobrego.
Ponoć ten rytuał był naprawdę niebezpieczny. Na tyle, że nawet biuro arurów się tym zainteresowało. To jest - tak zostało mu opacznie przekazane przez Atreusa, bo ten raczej po prostu szukał odpowiedzi na pytania, co go łączy z Brenną, ale o tym już Laurent pojęcia nie miał. Kuzyn go nie oświecił i nie podzielił się tą nowiną. Czy to lepiej czy gorzej... kto wie. Tutaj już rzeczywiście gdybanie mogłoby wpędzić w pesymistyczny nastrój.
- Nie rozumiesz, Victorio. - Chyba naprawdę serce przysłoniło jej rozsądek. Rozumiał to, naprawdę. Uczucia potrafiły być bardzo okrutne. - Nie chodzi o to, jaki on jest. Znam go z twoich opowiadań, a to przecież za mało, żeby ocenić człowieka. - Nie chodziło o brak zaufania, czy cokolwiek takiego - każdy człowiek miał swoją perspektywę i odczuwanie świata wokół zaburzało często spojrzenie na człowieka, tak i potem wpływało na opisywanie go. Nawet jeśli starasz się być w tym wszystkim bezstronny. - Wampir nie jest dla nikogo odpowiedni do małżeństwa. Nie oceniam również ludzi po ich rodzinie, ale jednak jest Rookwoodem, który przystał na ten szalony pomysł. Wnioskuję więc, że jest równie zależny od swojej rodzinie co ty. To kolejne kajdany, których nie potrzebujesz. - Szczęście... w miłości. Kiedy jesteś posłuszny swojej rodzinie i wykonujesz wszystko, czego zechcą. - Szczęście ani twoja osobowość nie mają w tym nic do rzeczy, kiedy to twoja rodzina wybiera ci męża przez pryzmat tego, ile mogą zdobyć. Victorio, ty nawet nigdy nie próbowałaś znaleźć swojego szczęścia w miłości. - Może brzmiało to dość brutalnie prawdziwie, ale w zasadzie tak było. Czekała, przygotowana na to, że matka znajdzie jej odpowiedniego męża, a potem dopiero zbierała tego żniwo i jego pokłosie. Nie chciał jej dokładać na ramiona, ale nie bardzo wiedział, gdzie był ten punkt zatrzymania się między tym, co powinno zostać powiedziane w takich momentach, a co można sobie darować. Bolesne przypomnienie o tym miało miejsce na początku tego miesiąca. Tym nie mniej niektórym ludziom czasami trzeba było uświadomić, że wpisują sobie tragedie na konto, które nawet w zasadzie nie należały do nich. Były wypadkową świata, a nie tego, że to z nimi było cokolwiek nie tak.
- Migotku, przynieść chusteczki. - Poprosił skrzata, kiedy ten się pojawił z gorącą czekoladą, której zapach teraz przyjemnie wypełnił mieszkanie. Laurent wysunął się powoli z pozycji, gdzie obejmował Victorię, żeby sięgnąć po kubek i wsunąć go w dłonie kobiety. W końcu czekolada pomagała. To była jej rada. Jedna jaskółka wiosny nie czyniła. To, że jedna osoba z ciebie zrezygnowała, bo jednak wam się nie udało, znaczyło tyle, co nic, nawet jeśli serce bolało. Szczególnie, jeśli od początku nie połączyła was miłość, a okazywała się ona w zasadzie jednostronna. - Och... - Tego się nie spodziewał usłyszeć. Ten dźwięk sam wysunął się z jego ust, kiedy z przestrachem spojrzał na kobietę, czując nieprzyjemny dreszcz przebiegający po karku. - Przepraszam, Victorio, to... - Nie, na to brakowało nawet słów. - Czy jest lepiej? - Bo nawet nie pytał, czy "wszystko w porządku". Na pewno nie było. Lekkie uczucia nie pchały ludzi do takich rzeczy, tak samo jak lekko się nie robiło zaraz po. - Bardzo mi przykro. - Pocałował ją w czoło, obejmując jednym ramieniem znowu, by mogła się ułożyć, jak zechciała z tym kubkiem w dłoniach. Migotek wrócił z chusteczkami i położył je obok Victorii, spoglądając na nią współczująco jednym okiem, a potem pytająco na Laurenta, który skinął lekko głową przyzwalająco. Migotek dotknął ostrożnie jej ramienia.
- Panienka jest wspaniałą czarownicą. Proszę o tym pamiętać. - Poklepał ją leciutko, tak jak ona przed momentem Laurenta po dłoni, zanim zniknął.