Nie była istotą wiedzioną czystą brutalnością; nie przeszkadzało jej to jednak w rozkoszowaniu się rdzawymi różami krwi na posadzce, w zadawaniu bólu na najwyższych jego, nieludzkich poziomach, w zatapianiu swojego człowieczeństwa w czarnej magii. Mogła uchodzić za wiedźmę zrodzoną z ciemności już u trzewi, już u krwi prędko toczącej się przez żyły; i choć pogodna uwertura chowająca te wszystkie martwe łasice na dnie bytowania wybrzmiewała w niej bez woalki salonowego, kurtuazyjnego kłamstwa – była zdolna do wielu, wykraczających poza sowitą moralność, czynów. Może dlatego nie mrugnęła mordując; może dlatego wyłamywanie palców ofiarom uważała za swoje uzurpatorskie upodobanie; może dlatego lubiła, jak ciepła posoka spływała meandrami, zatrzymując się na czubkach butów o wysokim obcasie; może dlatego znęcała się nad ofiarami – aby poczuć smak tej adrenaliny, której nic w równej mierze nie sprawiało dzikiej satysfakcji.
Była jednak lwicą salonową od początku do końca; otoczona aureolą ciemnych włosów, kruchą nimfą, która uśmiechała się urągliwie jak patron powracającej światłości, tylko o snobistycznym akcencie, towarzystwie patrycjuszy i powracającej wtórnie pogodzie ducha. W jej duszy wszak, zawierał się pewien dualizm, a bestia skrywana na dnie żeber wydobywała się na języki słońca niebywale rzadko. Łączyła w sobie wszystko, co niepoprawne – mrok i jasność; cierpienie i ukojenie; wdech i wydech.
Matka Macmillanówny stanowiła jedną z kobiet, które bywały na każdym pełnym przepychu bankiecie, które egzaltowana Lestrange wystawiała – jedynie dla swojej uciechy – wszak pocałunek sławy był tym, który wyjątkowo odbijał się czerwienią na wargach Loretty; była więc skłonna wziąć pod swoje skrzydła jej córkę, a nauka, której miała się podjąć, była zawarta między słowami.
Miała ją zepsuć.
Stukot obcasów zwiastował burzę jej obecności; parkiet jednak powitał powolne kroki, spokojną, niewysoką sylwetkę i kwiecisty uśmiech, w który ubrana była ona – niewymowna diablica. Zatrzymawszy się tuż obok Sary, wbiła wzrok w jeden z obrazów, który sugerował jasno rozpustę; wzbudzał pożądanie, erotykę, myśli brudne i niewłaściwe.
Stała tak przy niej chwilę, posągowa Atena wykłuta w marmurze, otulając się wielkim szalem zarzuconym na ramiona.
– Dlaczego akurat ten? – zabrzmiała stonowanym głosem po chwili, wzrok przerzucając na dziewczynę.
Nie starała się być przyjazna; nie starała się być oparciem i pokrzepieniem – była w całej artykulacji sobą – o roziskrzonym spojrzeniu młódki (a przecież niebawem dwudziesta-szósta wiosna miała wybić na kanwie jej życia!) i przyjemnym wygięciu krwistych warg.