— To prawda, ale oni też mogli zmarnować trochę czasu. Zanim namierzyli mieszkanie, zebrali ludzi, którzy faktycznie będą w stanie coś wyczytać z tego, co zostało w środku. — Wzruszył sztywno ramionami. — Poza tym, mogli też przeoczyć coś ważnego.
Chyba pokładał zbyt duże nadzieję w braku zorganizowania zwolenników Czarnego Pana. Z drugiej strony, czy można było mu się dziwić? Od dzieciaka wychowywał się według zasady, że wszystko można załatwić zgodnie z zasadami i osiągnąć dobre wyniki. W jego mniemaniu Śmierciożercy nie mieli takiego przygotowania, jak członkowie Zakonu Feniksa. Z zapleczem i talentem też mogło być u nich gorzej.
— Jaki cyrk? Zaczniemy pukać po sąsiadach, pytając, czy nie mają ochoty porozmawiać o naszym Panu i Zbawcy – Merlinie I Wielkim? — Uniósł wysoko brwi, zastanawiając się, co też chodzi po głowie jego kuzynki. „Cyrk” można było rozumieć na wiele sposobów. — Chyba nie chcesz, żebym się zaczął tam z tobą szarpać?
Spojrzał na Mavelle ze zbolałą miną. Prawdopodobnie większą trudność przyniosłoby mu udawanie bójki z dziewczyną, niż faktyczne wyważenie drzwi do mieszkania Catherine. Trzeba było tu wysłać Brennę, pomyślał Erik. Na pewno lepiej by sprawdziła w tym miejscu niż on. Bądź co bądź, trzy młode kobiety nie zwróciłyby na siebie takiej uwagi w porównaniu z nim. Sama jego obecność momentalnie przykuwała do nich wzrok przechodniów.
— Doro, myślisz, że byłabyś w stanie to zrobić? — spytał, zerkając na nią poważnie. Wierzył, że jej się uda, toteż pytanie miało w tym przypadku raczej funkcję zachęcenia Crawley do tego, aby przystąpić do działania.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞