13.10.2023, 00:06 ✶
Początkowo nie miała zamiaru się tu pojawiać.
Tyle że...
Odpowiedź nie przychodziła, a Brenna zaczęła myśleć o tych wszystkich napadach i "wypadkach", do których doszło w ostatnich miesiącach. O Canie, o tym, co wyprawiało się w New Forest, i że zasadniczo zgłoszono tę sprawę, więc Laurent już mógł być na celowniku... i że po prostu nie wybaczyłaby sobie, gdyby coś mu się stało, bo ona nie znalazła pięciu minut, żeby to sprawdzić.
Teleportacja była cudownym wynalazkiem, dzięki któremu taką wycieczkę Brenna mogła załatwić w góra pół godziny. Ot sprawdzi, czy wszystko jest w porządku, podpyta o plany i wróci z powrotem. Bo nie, w przeciwieństwie do Pandory, nie zamierzała na Laurenta wrzeszczeć - nie miała do tego prawa, a w wywiadzie, ostatecznie, nie znalazło się ani jedno kłamstwo.
Ostatecznie wychodząc z biura wpadła na Victorię, która chyba doszła dokładnie do tego samego wniosku, co Brenna.
Że ten artykuł mógł sprawić, że nad domkiem na brzegu morza zapłonie mroczny znak.
*
Gdy aportowała się z trzaskiem w pobliżu punktu aportacyjnego i ruszyła wraz z Lestrange ku domowi, a potem zobaczyła z daleka aportującą się sylwetkę, przez ułamek sekundy sądziła, że jednak nie, nie miała paranoi, i śmierciożercy już zaczęli działać. Ale zaraz w kobiecie, która pojawiła się przed domem Prewetta – jeszcze zanim zdążyła unieść różdżkę, na szczęście – rozpoznała Pandorę.
Tym razem jednak, ten jeden raz, wcale się nie spóźniły. I może jednak były paranoiczkami.
– Cześć, Panda – przywitała się, chowając różdżkę z powrotem do kieszeni. Uśmiechnęła się do Prewettówny, z odrobiną zakłopotania, które Brennie przytrafiało się rzadko, ale cała ta sytuacja… no, była… właściwie to była w stylu Brenny, w końcu narwanie stanowiło jej znak rozpoznawczy, a wpychała się w najróżniejsze dziwactwa, prawda? – Wpadłyśmy upewnić się, że u Laurenta wszystko w porządku. Cieszę się, że tu jesteście, bo jak mieć paranoję, to dobrze mieć ją w towarzystwie, nie czuję się aż tak nienormalna.
Tyle że...
Odpowiedź nie przychodziła, a Brenna zaczęła myśleć o tych wszystkich napadach i "wypadkach", do których doszło w ostatnich miesiącach. O Canie, o tym, co wyprawiało się w New Forest, i że zasadniczo zgłoszono tę sprawę, więc Laurent już mógł być na celowniku... i że po prostu nie wybaczyłaby sobie, gdyby coś mu się stało, bo ona nie znalazła pięciu minut, żeby to sprawdzić.
Teleportacja była cudownym wynalazkiem, dzięki któremu taką wycieczkę Brenna mogła załatwić w góra pół godziny. Ot sprawdzi, czy wszystko jest w porządku, podpyta o plany i wróci z powrotem. Bo nie, w przeciwieństwie do Pandory, nie zamierzała na Laurenta wrzeszczeć - nie miała do tego prawa, a w wywiadzie, ostatecznie, nie znalazło się ani jedno kłamstwo.
Ostatecznie wychodząc z biura wpadła na Victorię, która chyba doszła dokładnie do tego samego wniosku, co Brenna.
Że ten artykuł mógł sprawić, że nad domkiem na brzegu morza zapłonie mroczny znak.
*
Gdy aportowała się z trzaskiem w pobliżu punktu aportacyjnego i ruszyła wraz z Lestrange ku domowi, a potem zobaczyła z daleka aportującą się sylwetkę, przez ułamek sekundy sądziła, że jednak nie, nie miała paranoi, i śmierciożercy już zaczęli działać. Ale zaraz w kobiecie, która pojawiła się przed domem Prewetta – jeszcze zanim zdążyła unieść różdżkę, na szczęście – rozpoznała Pandorę.
Tym razem jednak, ten jeden raz, wcale się nie spóźniły. I może jednak były paranoiczkami.
– Cześć, Panda – przywitała się, chowając różdżkę z powrotem do kieszeni. Uśmiechnęła się do Prewettówny, z odrobiną zakłopotania, które Brennie przytrafiało się rzadko, ale cała ta sytuacja… no, była… właściwie to była w stylu Brenny, w końcu narwanie stanowiło jej znak rozpoznawczy, a wpychała się w najróżniejsze dziwactwa, prawda? – Wpadłyśmy upewnić się, że u Laurenta wszystko w porządku. Cieszę się, że tu jesteście, bo jak mieć paranoję, to dobrze mieć ją w towarzystwie, nie czuję się aż tak nienormalna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.