Przebywanie przy niej było jak wzbieranie wody w płuca, jak topienie się bez reszty, oplatanie całunem grozy i buńczucznego fatalizmu; i choć nie należała do grona, które lubiło brudzić sobie dłonie – jej alabastrowa skóra była w końcu tak piękna – plamy z posoki barwiące posadzkę niejednokrotnie, wpisywały się w akwen jej wynaturzenia. Kobiety jak Loretta Lestrange były marginalne; nie było ich wiele, a każda spośród nich dumnie zadzierała podbródek, a ich słowa, barwione snobistycznym akcentem, podkreślały wielokroć bogate pochodzenie; łut szczęścia w postaci narodzin pod barchanową membraną dostatku. Bo w końcu przy jej przyjściu na świat, niebo przecięła świetlista błyskawica, uderzając w okoliczny dom – od początku do końca wiadomym było, że będzie istotna; że będzie smakowała niebezpieczeństwem i pachniała zdrożną kokieterią.
I choć była sporo niższa od Sary, jej osobowości wybijała Lestrange na niechybne wyżyny, a rozjątrzona rana nieboskłonu, otwarte bramy samego Hadesu, spychały ją w dłonie niewybaczalnego i niewymownego – Loretta Lestrange nie była niewinną trzpiotką, za którą uważał ja niejeden ślad salonowy. Okrutna i absolutnie sprzysiężona złemu, uśmiechała się przyjaźnie tylko po to, aby nóż wbity w plecy smakował jeszcze pyszniej.
Bo Loretta Lestrange była kobietą zdradliwą.
Spoglądała na Sarę jeszcze przez moment, mrużąc nieznacznie oczy. Przez myśl nawet jej przeszło, że chętnie uwieczniłaby na płótnie jej albinoską urodę; przecież nie specjalizowała się w ubieraniu młodego pokolenia w kreacje utkaną z czarnej magii – jednocześnie nie mogła odmówić sobie gorejącego, treściwego samozadowolenia, które było wypadkową listu matki Macmillanówny.
Słowa Sary sprawiły, że na wargach Loretty zakwitł błąkający się w kącikach ust, uśmiech przelany satysfakcją.
Skinęła dłonią, kierując się ku kulisom galerii, gdzie znajdowały się dwa fotele, usytuowane ku sobie. Zająwszy jeden z nich, wskazała Sarze drugi. Obite w brązową skórę, ślizgającą się pod palcami, wygodą sprawiały, iż można się było w nich zatopić. Lestrange była niespokojnie statyczna, sięgając ku papierośnicy, aby zająć już po chwili końcówkę papierosa ognistym oczkiem.
– Plugawa magia – rzekła, zaznaczając cudzysłowie w powietrzu – to dopiero jeden z etapów. Myślisz, że od razu każę ci rzucać cruciatusa na zajączka? Nic z tych rzeczy. – Cisza wybrzmiała w niewielkim, dusznym pomieszczeniu, gdy uśmiech roztapiał się na jej wargach. – Nauczę cię nienawidzić – dodała miękkim tonem.
Podniósłszy się z fotela, stanęła przed Sarą, unosząc filtr papierosa ku wargom.
– Wyjmę z ciebie to wszystko, czego się boisz i zamienię to w nieopanowany gniew. Gdy stąd wyjdziesz, będziesz wypełniona agresją do reszty – urwała, opierając się o fotel, który zajmowała Sara. – Wiem, jak wyciągać z ludzi ich atawizmy – nie jesteś wyjątkowa, nie jesteś też pierwsza. Każde spotkanie będzie zmieniać cię coraz bardziej sukcesywnie w bestię, aż w końcu staniesz się nią w pełni.
– Pożegnaj się ze swoją moralnością – spuentowała, wbijając szpilki roziskrzonych oczu w oblicze Sary.