Przywykła do roztaczania światła supernowej wokół swojej osoby; do bicia tym niebanalnym, dokuczliwym blaskiem, który niczym miałki, złoty pył otulał jej sylwetkę, gdziekolwiek się pojawiła. Skrywając mroki duszy głęboko na dnie klatki piersiowej, uchodziła za ostoję towarzyskości, egzaltowaną ekstrawertyczkę, żywo czerpiącą z brylowania pod miękkim całunem niewymownego podziwu i nut zazdrości, które objawiały się irytacją na twarzach nieprzychylnych panien. Zdawała sobie sprawę, iż jest cudzym marzeniem sennym, w równej mierze co duszną marą.
Była w końcu gwiazdą wieczoru i choć jej obecność, osnuta woalką tajemnicy, nie była spodziewanym – wiedziała, że wzrok obecnych prędzej czy później na niej spocznie. Była wciąż dumna, zadzierająca podbródek wysoko, a roziskrzone spojrzenie – poprzetykane gwiazdami – ślizgało się po obecnych; skinęła głową na słowa Bellamy’ego, rozglądając się bacznie po ciżbie, która zechciała zaszczycić obecnością wydarzenie, mogące uchodzić wręcz za farsę. Naturalnie, wspierała Louvaina i była mu winna ogrom wdzięczności – nie chciała tu być; jednak jej absencja z pewnością nie dodałaby kurażu bliźniakowi – godność Loretty Lestrange była czymś niewątpliwie wartym obrony.
Chyba sama niekoniecznie w tę godność wierzyła.
Miłość do Louvaina otumaniała i owijała ją miłą pierzyną – bliźnięta od dziecka chodzące pod rączkę, gotowe skoczyć w języki ogniste, w oko samego Wezuwiusza, przekroczyć bramy Hadesu, aby uratować drugie.
– Powiedz mi, Bellamy – rzekła półgłosem, stając na palcach, aby omieść jego małżowinę uszną oddechem, nadając niejakiej konspiracji słowom. – Albo nie. Chciałam cię spytać, co takiego lubisz w osobie Notta, ale zrozumiałam, że sama z nim spałam – jak wielkie mogą być błędy młodości? No na boga! – dokończyła, odsuwając się na stosowną odległość.
– Nie bawię się w zakłady, gdy wynik jest przesądzony – odparła, sięgając po kieliszek wina, wirujący dookoła nich wraz z zaklętą tacą.
Wzrok prędko przeniosła na zmierzającego ku nim, starszego brata.
– Laaaaaurence! – powitała go jowialnie, rzucając się mu w ramiona – na tyle, na ile było to w jakikolwiek sposób stosowne. Uśmiech zakwitł prędko na jej wargach, gdy wypuszczała go z uścisku chuderlawych rąk – pomimo wyraźnie szczuplejszej, niezdrowej sylwetki, zachowywała charakterny sobie animusz, a czerwień szminki jasno przemawiała, sugerując, z kim ten ma do czynienia.
Już uchylała różane wargi, chcąc coś rzec, jednak pilny wzrok sarnich oczu trafił na zmierzającego w jej kierunku Kaydena. Skierowała ku niemu otwartą dłoń, a gdy ta została naznaczona uściskiem, na jej usta wpłynął urokliwy, filuterny uśmiech. Że też tak piekielna kobieta posiadała w sobie tyle uroku osobistego!
– Niezwykle mi miło, panie Delacour. Komu pan kibicuje? Ostrzegam, pytanie jest tendencyjne i za złą odpowiedź ześlę pana na pożywkę ogni piekielnych – rzekła; tylko trzepot welonu czarnych rzęs sugerował, że jej słowa były raptem niezobowiązującym żartem.
A może i nie.
Loretta rozejrzała się odrobinę, lustrując goszczących przenikliwym spojrzeniem. To zawiesiło się, niczym ta mara stercząca za plecami, na osobie Anthony’ego Borgina, na którym skoncentrowała je odrobinę dłużej. Na kanwie pamięci wciąż gościł ten jeden raz, gdy zostali zatrzaśnięci w hogwardzkiej łazience…