13.10.2023, 23:07 ✶
– Przynajmniej jestem szurnięta w doborowym towarzystwie – rzuciła Brenna co Pandory, ruszając za nią…
Spodziewałaby się prędzej śmierciożerców niż Atreusa Bulstrode'a. Po prawdzie czasem Brenna zapominała, że ci dwaj są spokrewnieni - i to chyba nie dlatego, że nie pamiętała, że Atreus jest z Prewettów, ale dlatego, że umykało jej momentami, że Laurent z nich jest. Słowa Pandory o tym, że jest kochany, dość szybko jednak wyjaśniły, że najwyraźniej Pandora poprosiła go o zajrzenie do brata...
- Cześć - rzuciła tylko do aurora, zwalczając godny dziesięciolatki odruch "udam, że go nie zauważyłam", chociaż już bardzo uparcie na niego nie patrzyła, czując się trochę niezręcznie, kiedy znalazła się w towarzystwie i jego, i jego kuzynki (a chwilę później jeszcze kuzyna). Zamiast tego powiodła spojrzeniem ku schodom, zastanawiając się, czy a) wyminęły się i z sowami, i z Laurentem b) Laurent leżał już gdzieś tutaj martwy. Kiedy się pojawił, odetchnęła więc z ulgą.
- Minęło najmniej pięć godzin - powiedziała Brenna lekkim tonem, spoglądając na Laurenta bardzo uważnie. Był cały, był zdrowy, chyba tylko przytłoczony - może tym, że niespodziewanie do domu władowały się mu cztery osoby, a może samym wywiadem i jego pokłosiem. Jakie: sowy dopiero odleciały...
Może przesadzała, ale że kiedy była tutaj ostatnio, naśladowcy albo aspirujący na naśladowców rzucali nią w powietrzu jak piłką, nie zasnęłaby tej nocy spokojnie. Zwłaszcza, że czuła się winna, że tamtego dnia został narażony na niebezpieczeństwo i to mogło wybuchnąć mu w twarz teraz.
Poza tym, do cholery, to był jej obowiązek, prawda? Nie w pracy. W Zakonie. Miała pilnować, by tacy ludzie jak Laurent nie zapłacili najwyższej ceny za opór wobec śmierciożerców.
- Lauri, zrób coś dla spokoju nas wszystkich i przenieś się na noc do którejś... któregoś z nas - sprostowała, przypominając sobie, że Atreus wspominał o zabieraniu Prewetta do siebie. - Ewentualnie obawiam się, że zjesz w towarzystwie naszej trójki kolację. I śniadanie. Ja mogę spać tu na podłodze, a dziewczyny zmieszczą się w pokoju gościnnym. Wybacz, że tak się narzucamy, ale po ostatniej wizycie... odrobinę się niepokoję - stwierdziła, posyłając mu uśmiech, bo tak, może nie było tu miejsca na tyle osób, by wszyscy mieli wygodę, ale Brenna wbrew pozorom przywykła do polowych warunków, wolała być w pobliżu drzwi, a gdyby ktoś miał napaść go tej nocy... To jeśli natrafiłby na aurorkę i Brygadzistkę (oraz zapewne Pandorę, Brenna nie sądziła, że ta gdzieś się stąd ruszy bez brata), mógłby trochę się zdziwić.
Nie miała zamiaru krzyczeć. Nie miała zamiaru o nic pytać pytać. Nie miała zamiaru wyjaśniać mu, na co się narażał. Nie miała zamiaru robić mu też wyrzutów. Nie chciała po prostu, by zostawał tej nocy tutaj sam. To wszystko. Nic więcej.
- A jeżeli lecisz do Bulstrodów... to będę wdzięczna, jeśli i tak pozwolisz mi tutaj zostać - dodała, tknięta nagłą myślą, że właściwie byłby to całkiem niezły interes.
Bo może naprawdę ktoś przyjdzie. Pandora i Atreus na pewno dopilnują Laurenta, zresztą jeżeli dom Bulstrodów był ukryty, nic mu tam nie będzie groziło. A ona mogłaby ściągnąć Mav lub ewentualnie Heather, oczywiście najpierw mówiąc Prewettowi, co planuje, bo to w końcu był jego dom. Laurentowi się to zapewne nie spodoba, ale Victoria była aurorką, powinna zrozumieć, co nią kierowało, a Pandorze powinno zależeć na tym, by brat był bezpieczny... czy można by osiągnąć to w lepszy sposób niż dopadając wysłane za nim osoby, jeżeli kogoś poślą?
To było nie tylko zagrożenie, które widziała w sytuacji w pierwszej chwili, jako dawna przyjaciółka.
Brenna z Brygady i przede wszystkim Brenna z Zakonu Feniksa właśnie dostrzegła coś jeszcze.
To była szansa. Niewielka, ale szansa.
Spodziewałaby się prędzej śmierciożerców niż Atreusa Bulstrode'a. Po prawdzie czasem Brenna zapominała, że ci dwaj są spokrewnieni - i to chyba nie dlatego, że nie pamiętała, że Atreus jest z Prewettów, ale dlatego, że umykało jej momentami, że Laurent z nich jest. Słowa Pandory o tym, że jest kochany, dość szybko jednak wyjaśniły, że najwyraźniej Pandora poprosiła go o zajrzenie do brata...
- Cześć - rzuciła tylko do aurora, zwalczając godny dziesięciolatki odruch "udam, że go nie zauważyłam", chociaż już bardzo uparcie na niego nie patrzyła, czując się trochę niezręcznie, kiedy znalazła się w towarzystwie i jego, i jego kuzynki (a chwilę później jeszcze kuzyna). Zamiast tego powiodła spojrzeniem ku schodom, zastanawiając się, czy a) wyminęły się i z sowami, i z Laurentem b) Laurent leżał już gdzieś tutaj martwy. Kiedy się pojawił, odetchnęła więc z ulgą.
- Minęło najmniej pięć godzin - powiedziała Brenna lekkim tonem, spoglądając na Laurenta bardzo uważnie. Był cały, był zdrowy, chyba tylko przytłoczony - może tym, że niespodziewanie do domu władowały się mu cztery osoby, a może samym wywiadem i jego pokłosiem. Jakie: sowy dopiero odleciały...
Może przesadzała, ale że kiedy była tutaj ostatnio, naśladowcy albo aspirujący na naśladowców rzucali nią w powietrzu jak piłką, nie zasnęłaby tej nocy spokojnie. Zwłaszcza, że czuła się winna, że tamtego dnia został narażony na niebezpieczeństwo i to mogło wybuchnąć mu w twarz teraz.
Poza tym, do cholery, to był jej obowiązek, prawda? Nie w pracy. W Zakonie. Miała pilnować, by tacy ludzie jak Laurent nie zapłacili najwyższej ceny za opór wobec śmierciożerców.
- Lauri, zrób coś dla spokoju nas wszystkich i przenieś się na noc do którejś... któregoś z nas - sprostowała, przypominając sobie, że Atreus wspominał o zabieraniu Prewetta do siebie. - Ewentualnie obawiam się, że zjesz w towarzystwie naszej trójki kolację. I śniadanie. Ja mogę spać tu na podłodze, a dziewczyny zmieszczą się w pokoju gościnnym. Wybacz, że tak się narzucamy, ale po ostatniej wizycie... odrobinę się niepokoję - stwierdziła, posyłając mu uśmiech, bo tak, może nie było tu miejsca na tyle osób, by wszyscy mieli wygodę, ale Brenna wbrew pozorom przywykła do polowych warunków, wolała być w pobliżu drzwi, a gdyby ktoś miał napaść go tej nocy... To jeśli natrafiłby na aurorkę i Brygadzistkę (oraz zapewne Pandorę, Brenna nie sądziła, że ta gdzieś się stąd ruszy bez brata), mógłby trochę się zdziwić.
Nie miała zamiaru krzyczeć. Nie miała zamiaru o nic pytać pytać. Nie miała zamiaru wyjaśniać mu, na co się narażał. Nie miała zamiaru robić mu też wyrzutów. Nie chciała po prostu, by zostawał tej nocy tutaj sam. To wszystko. Nic więcej.
- A jeżeli lecisz do Bulstrodów... to będę wdzięczna, jeśli i tak pozwolisz mi tutaj zostać - dodała, tknięta nagłą myślą, że właściwie byłby to całkiem niezły interes.
Bo może naprawdę ktoś przyjdzie. Pandora i Atreus na pewno dopilnują Laurenta, zresztą jeżeli dom Bulstrodów był ukryty, nic mu tam nie będzie groziło. A ona mogłaby ściągnąć Mav lub ewentualnie Heather, oczywiście najpierw mówiąc Prewettowi, co planuje, bo to w końcu był jego dom. Laurentowi się to zapewne nie spodoba, ale Victoria była aurorką, powinna zrozumieć, co nią kierowało, a Pandorze powinno zależeć na tym, by brat był bezpieczny... czy można by osiągnąć to w lepszy sposób niż dopadając wysłane za nim osoby, jeżeli kogoś poślą?
To było nie tylko zagrożenie, które widziała w sytuacji w pierwszej chwili, jako dawna przyjaciółka.
Brenna z Brygady i przede wszystkim Brenna z Zakonu Feniksa właśnie dostrzegła coś jeszcze.
To była szansa. Niewielka, ale szansa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.